Obligacje – Choroba chorsza niż chora, czyli rozważań na temat instytucji administratora zabezpieczeń ciąg dalszy

7 czerwca, 2018

Co może uczynić klient, gdy nie jest zadowolony ze swojej obsługi? Taki klient może. Po prostu może. Może się z podmiotem obsługującym pożegnać, zdyscyplinować go, zmienić warunki współpracy.

Co może zaś zrobić obligatariusz, który nie jest zadowolony z administratora zabezpieczeń, który jest dedykowany mu po to, aby dochodzić w jego imieniu roszczeń, w sytuacji kiedy emitent mu nie płaci? Otóż nic nie może. Dokładnie tak: jest to wielkie, dorodne i absurdalne nic.

Wielokrotnie wspominałam o tym jak ważne jest, aby administratorem był podmiot profesjonalny, a przynajmniej zaufany i sprawdzony. Na potrzeby niniejszej publikacji nie będę sięgała do przykładów, które przytaczałam wcześniej.

Chciałabym dzisiaj na żywym przykładzie pokazać, jak bierność administratora może blokować obligatariuszy w dochodzeniu swoich roszczeń.

Administrator nie jest po to, żeby ustanowienie zabezpieczenia było skuteczne. Zgodnie z art. 7 kc administrator zabezpieczeń zakłada dobrą wiarę emitenta i nie musi go zatem kontrolować czy też weryfikować czy jego zapewnienia są zgodne albo niezgodne z prawdą (chyba, że co innego stanowi umowa, ustawa takich obowiązków nie nakłada).

Istotą funkcji administratora jest to, żeby uprościć obligatariuszom dochodzenie roszczeń z przedmiotu zabezpieczenia. Czyli jak np. należy emitenta pozwać (z ograniczeniem do przedmiotu zabezpieczenia) to robi to jeden podmiot, a nie np. 100 obligatariuszy. Idea zatem była taka, żeby postępowanie było prostsze, szybsze i skuteczniejsze.

Jak jest w rzeczywistości przedstawię na bardzo ciekawym przykładzie.

Zgłosiła się do nas grupa obligatariuszy. Emitent „szedł” w upadłość, ale zabezpieczeniem jest majątek osób trzecich. Sposób zabezpieczenia: hipoteka na nieruchomościach mieszkalnych. Wydawałoby się, że lepiej być nie może. Niestety, podmiot, który widnieje w księdze wieczystej to spółka, która ewidentnie nie zamierza cokolwiek robić. Spółka w zasadzie znika, nie ma z nią kontaktu, siedziba wyparowała. Obligatariusze wpadają na pomysł pozwania ów spółki, który szybko wybijają sobie z głów, biorąc pod uwagę, iż jej kapitał wynosi 5.000 zł. a zarząd najpewniej nic nie ma i żyje za minimalną na garnuszku bogatej zony bądź męża. Abstrahuje od bardzo dyskusyjnej odpowiedzialności takiej spółki, ale to nie temat na ten artykuł.

Kiedy obligatariusze nie tylko nie mają co liczyć na administratora, a tym samym czego liczyć w portfelu decydują się na pozew o zobowiązanie Emitenta do złożenia oświadczenia woli, w przedmiocie zmiany administratora zabezpieczeń. Pomysł innowacyjny, karkołomny, ale pozostaje albo go wdrażać albo wziąć przykład z dotychczasowego administratora i nie robić nic.

Argumentacja obligatariuszy wskazywała, że zarząd pozwanej spółki (emitenta) najpierw złożył wniosek o otwarcie przyspieszonego postępowania restrukturyzacyjnego, który został oddalony przez sąd z uwagi na brak wystarczającego majątku na pokrycie kosztów postępowania. Następnie członkowie zarządu pozwanej spółki złożyli rezygnację z zajmowanej funkcji. Z kolei administrator hipoteki zawiesił działalność z dniem 12 czerwca 2017 r., w związku z czym powodowie bezskutecznie wezwali pozwanego do zawarcia nowej umowy o administrowanie hipoteką. Powodowie wskazują, że w świetle złożonych dokumentów posiadają uprawnienie o ustanowienie administratora hipoteki.

Jednocześnie wskazali na swój interes prawny w udzieleniu zabezpieczenia, wskazując, że hipoteka łączna na zabezpieczenie roszczeń obligatariuszy została ustanowiona także na nieruchomościach lokalowych wyodrębnionych z nieruchomości gruntowej, a właściciele tych lokali zaskarżyli wpisy skargami na orzeczenia referendarzy, apelacjami i kasacjami.

Powodowie nie posiadają ani wiedzy o toczących się postępowaniach wieczystoksięgowych, ani też nie mają legitymacji formalnej do występowania w nich jako strona, gdyż taką legitymację posiada wyłącznie administrator hipoteki, który jak wskazano powyżej zawiesił działalność. Stąd powodowie jako osoby faktycznie uprawnione z hipotek nie mają żadnej możliwości obrony swoich praw w toczących się postępowaniach. Zdaniem powodów, brak zabezpieczenia stanowi dla powodów realne zagrożenie utratą zabezpieczenia i oznacza realny brak możliwości obrony swoich interesów.

Niestety, Sąd już na etapie rozpatrywania wniosku o zabezpieczenie daje wyraz temu, jak może skończyć się to postępowanie, a argumentację Sądu przedstawiam poniżej.

„Zgodnie z art. 730 § 1 k.p.c. w każdej sprawie cywilnej podlegającej rozpoznaniu przez sąd lub przez sąd polubowny można żądać udzielenia zabezpieczenia. Zgodnie z artykułem 7301 § 1 k.p.c. udzielenia zabezpieczenia może żądać każda strona lub uczestnik postępowania, jeżeli uprawdopodobni roszczenie oraz interes prawny w udzieleniu zabezpieczenia. Interes prawny w udzieleniu zabezpieczenia istnieje wtedy, gdy brak zabezpieczenia uniemożliwi lub znacznie utrudni wykonanie zapadłego w sprawie orzeczenia lub w inny sposób uniemożliwi lub poważenie utrudni osiągnięcie celu postępowania w sprawie. Jak wskazuje się w judykaturze uprawdopodobnienie stanowi jedynie surogat dowodu zwolniony od ścisłych formalności dowodowych, co znajduje swój normatywny wyraz w treści art. 243 k.p.c. Uprawdopodobnienie nie daje więc pewności co do prawdziwości twierdzeń o istnieniu konkretnego roszczenia, lecz pozwala jedynie przyjąć, iż jest ono prawdopodobne. W postępowaniu zabezpieczającym strona nie musi przeto udowodnić istnienia roszczenia, a Sąd na tym etapie nie rozstrzyga sprawy merytorycznie.

Uwiarygodnienie roszczenia nie wymaga przedstawienia na tym etapie postępowania niepodważalnych dowodów na okoliczność, że roszczenie jest usprawiedliwione. Należy więc przyjąć, że roszczenie jest uprawdopodobnione, jeżeli istnieje wiarygodna szansa na jego istnienie. Niewątpliwie jednak ów wniosek może się nie ostać w świetle głębszej analizy stanu faktycznego i prawnego, co jednak nie ma wpływu na ocenę zasadności udzielenia zabezpieczenia. Istota postępowania zabezpieczającego wyraża się bowiem w tym, że sąd dokonuje jedynie pobieżnej analizy dostarczonego przez wnioskodawcę materiału dowodowego. Możliwość dojścia, w wyniku pełnego postępowania, do wniosku o niezasadności roszczenia, jest więc oczywistym założeniem tej instytucji (por. Postanowienie Sądu Apelacyjnego w Szczecinie z dnia 11 lutego 2015r., I ACa 800/14, LEX nr 1745777). W myśl art. 755 § 1 k.p.c. jeżeli przedmiotem zabezpieczenia nie jest roszczenie pieniężne, sąd udziela zabezpieczenia w taki sposób, jaki stosownie do okoliczności uzna za odpowiedni, nie wyłączając sposobów przewidzianych dla zabezpieczenia roszczeń pieniężnych. W ocenie Sądu powód nie uprawdopodobnił swojego roszczenia. W niniejszej sprawie powodowie będący obligatariuszami, których roszczenia o wykup obligacji zostały zabezpieczone hipotekami przymusowymi, domagają się zobowiązania emitenta tych obligacji do złożenia oświadczenia woli w zakresie ustanowienia nowego administratora hipotek.

Podstawę powództwa stanowi przepis art. 64 k.c., zgodnie z którym prawomocne orzeczenie sądu stwierdzające obowiązek danej osoby do złożenia oznaczonego oświadczenia woli, zastępuje to oświadczenie. Jak wskazuje się w doktrynie artykuł 64 k.c. reguluje sposób dochodzenia realizacji obowiązku złożenia oświadczenia woli. Następuje to przed sądem, w zasadzie w postępowaniu procesowym, w którym legitymację czynną ma uprawniony, a bierną zobowiązany do złożenia oświadczenia woli (por. E. Gniewek, P. Machnikowski (red.), Kodeks cywilny. Komentarz. wyd. 8, Warszawa 2017). Obowiązek złożenia oświadczenia woli jest obowiązkiem podjęcia określonego zachowania względem określonej innej osoby, dlatego osobie tej przysługuje przeciwko zobowiązanemu roszczenie, którego co do zasady można dochodzić przed sądem (jest to powództwo o świadczenie; por. postanowienie SN z 7 listopada 1997 r., III CKN 252/97, Prok. i Pr. – wkł. 1998, Nr 4, s. 33; postanowienie SN z 22 grudnia 1997 r., III CZ 104/97, Prok. i Pr. – wkł. 1998, Nr 7–8, s. 41). Podkreślić należy, iż zgodnie z treścią art. 7 ust. 1a ustawy z dnia 29 czerwca 1995r. o obligacjach – znajdującego zastosowanie w przedmiotowym stanie faktycznym – przed rozpoczęciem emisji obligacji emitent jest obowiązany zawrzeć w formie pisemnej pod rygorem nieważności umowę z administratorem hipoteki, który wykonuje prawa i obowiązki wierzyciela hipotecznego we własnym imieniu, lecz na rachunek obligatariuszy.

Administratorem hipoteki może być także bank pełniący funkcję banku reprezentanta. Do administratora hipoteki przepisy art. 31 ust. 2-5 stosuje się odpowiednio. Wedle art. 31 ust. 5 ustawy o obligacjach w terminie 60 dni od zawieszenia działalności banku-reprezentanta lub otwarcia jego likwidacji emitent zobowiązany jest do zawarcia umowy o reprezentację z nowym bankiem.

Do chwili zawarcia nowej umowy obowiązki reprezentanta obligatariuszy pełni bank dotychczasowy. Należy zwrócić uwagę, że co prawda przytoczone powyżej przepisy ustawy o obligacjach przewidują obowiązek po stronie emitenta obligacji zawarcia umowy z nowym administratorem hipoteki w przypadku zawieszenia działalności poprzedniego, niemniej żaden przepis tej ustawy nie przewiduje dla obligatariuszy roszczenia o ustanowienie administratora hipoteki. W świetle powyższych przepisów powodowie nie będą też stroną takiej umowy, a będzie nią administrator hipoteki. Zwrócić przy tym należy uwagę na przepis art. 7 ust. 1b ustawy o obligacjach, zgodnie z którym do administratora hipoteki nie stosuje się przepisów art. 682 ustawy z dnia 6 lipca 1982r. o księgach wieczystych i hipotece, co oznacza, że obligatariusze nie mają uprawnienia do zawarcia lub zmiany umowy z administratorem hipoteki. Skoro nie posiadają takiego uprawnienia to trudno uznać, aby przysługiwało im roszczenie o zobowiązanie emitenta do złożenia oświadczenia woli. W ocenie Sądu w powyższym zakresie istnieje luka prawna.

Dodatkowo, należy wskazać, że w niniejszej sprawie powodowie domagają się złożenia oświadczenia woli przez pozwanego w celu zawarcia umowy z osobą trzecią, która nie jest stroną niniejszego postępowania. Powodowie podnoszą przy tym, że umowa o administrowanie hipoteką ma charakter umowy o świadczenie na rzecz osoby trzeciej. Zgodnie zaś z treścią art. 393 § 1 k.c. jeżeli w umowie zastrzeżono, że dłużnik spełni świadczenie na rzecz osoby trzeciej, osoba ta, w braku odmiennego postanowienia umowy, może żądać bezpośrednio od dłużnika spełnienia zastrzeżonego świadczenia.”

Dobry administrator to podmiot najcenniejszy w zakresie przedmiotu zabezpieczenia. Zły administrator to choroba chorsza niż chora, albowiem jak prezentuje powyższe orzeczenie, nie ma na niego żadnego lekarstwa.

Jeśli macie Państwo jakieś spostrzeżenia dotyczące tego zagadnienia, serdecznie zapraszamy do dyskusji na naszym Facebooku albo drogą mailową: kancelaria@noriet.pl.

autor: Paulina Stańczak-Wypych – adwokat

Pozostałe wpisy

Noriet z Sądu: Ponad 400 000 zł zadośćuczynienia – omówienie naszej sprawy

Jedną z gałęzi spraw, którymi zajmujemy się w naszej kancelarii, są sprawy o zadośćuczynienie i odszkodowanie za krzywdy, które powstały na skutek wypadków komunikacyjnych. Z uwagi na to, że jest to kategoria spraw, która w dużej mierze bazuje na opiniach biegłych, które wpływają do akt w toku spraw sądowych, potrafią one trwać latami. Bardzo często klienci mocno zastanawiają [...]
30 grudnia, 2021
czytaj więcej

Obligacje: Hipoteka niejedno ma imię

Miesiąc listopad przyniósł nam wyrok zasądzający (na chwilę obecną – jeszcze nieprawomocny) w sprawie z powództwa naszej Kancelarii działającej w roli Administratora hipoteki ustanowionej na zabezpieczenie wyemitowanej serii obligacji przeciwko dłużnikom rzeczowym – właścicielom nieruchomości, na których ustanowione zostały hipoteki, niebędących emitentem tychże obligacji. Sprawa, [...]
2 grudnia, 2021
czytaj więcej

Noriet radzi: Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, czyli nakaz natychmiastowego opuszczenia mieszkania

Jak mówią „Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Doświadczenie życiowe uczy bowiem, że dobre intencje (również ustawodawcy) niestety nie są wystarczające do tego, by działanie przyniosło pozytywne skutki. Bywa niekiedy tak, że zamierzenia rozmijają się z efektami albo prowadzą do czegoś zupełnie odwrotnego. Chociaż teorii spiskowych znalazłybyśmy w internecie mnóstwo, przyjmijmy jednak, że założenia ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie były dobre i absolutnie pożądane społecznie. Cel jest mianowicie taki: natychmiast odseparować kata od ofiary. Cel z pewnością szczytny i ważny. Czy jednak możemy powiedzieć, że uświęca on środki – wszelkie środki? Nawet takie, które stoją w sprzeczności z podstawowymi wolnościami i prawami człowieka? No bo przecież prawo i władza państwowa mogą w te sprzeczności w pewnym sensie wchodzić. Prawo karne – pozbawienie i ograniczenie wolności, prawo administracyjne – zakaz budowy domu na terenie przeznaczonym pod zabudowę związaną z przemysłem czy na terenie zalewowym. Przykładów mamy oczywiście mnóstwo, ale taka jest kolej rzeczy. Tak to już jest. Ale czy to jest ten przypadek? Wracając jednak do tematu ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, której zapisy miałyśmy wreszcie okazję przetestować w praktyce. Tytułem wstępu zaznaczmy, że każdy kto zawodowo uczestniczy w sądowych sprawach rodzinnych doskonale wie, że w parze ze sprawą o rozwód z orzekaniem o winie podejrzanie często idą sprawy karne o znęcanie się. Przyznajemy szczerze, że trudno nam uwierzyć że tak ogromny odsetek rozwodów miałby być spowodowany, aż tak ciężkimi przewinieniami jak znęcanie się nad małżonkiem. Wobec tego nasz subiektywny wniosek z obserwacji czynionych na salach sądowych, jest dość prosty i oczywisty, chociaż co jasne, niekoniecznie prawdziwy. Mianowicie wydaje nam się, że bardzo duża ilość spraw o znęcanie się jest zupełnie bezzasadna i wytaczana wyłącznie na potrzeby postępowania rozwodowego (argument – mój mąż/moja żona jest winny/a rozpadowi małżeństwa, bo przecież toczy się przeciwko jemu/jej postępowanie karne o znęcanie się – wydaje się rozwodzącym się małżonkom bardzo przekonujący) bądź też „działem bitewnym” dla jednego ze skłóconych małżonków (nie chcesz się zgodzić na moje warunki, to ja cię oskarżę o znęcanie). No i niestety wydaje się, że z narzędziem, o którym dzisiaj tu opowiemy, będzie nie tylko podobnie, ale może być dużo gorzej. Bo to na razie pokazała nam praktyka. Aby sprawa karna, np. taka o znęcanie się, znalazła swój finał w postaci prawomocnego wyroku skazującego musi minąć sporo czasu. Taką sprawą zajmie się kompleksowo prokuratura i sąd. Jeśli ktoś rzeczywiście jest winny znęcaniu się szansa na to, że nie zostanie skazany jest już bardzo mała. I to są bardzo poważne sprawy i poważne oskarżenia, których nikt nie może zbagatelizować, ale też, chociażby z uwagi na względnie wysokie zagrożenia karą, trudno uwierzyć, żeby w takim postępowaniu sądowym miało nastapićskazanie przy kompletnym braku dowodów, wbrew domniemaniu niewinności. Inaczej niestety i w naszej ocenie dużo gorzej, sprawa ma się w przypadku przedmiotowej ustawy. Zacznijmy więc od przepisów. Zgodnie z art. 11a ust. 1 ustawy z 29 lipca 2005 roku o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (tj. z 24 sierpnia 2015 r. Dz.U. z 2015 r. poz. 1390) jeżeli członek rodziny wspólnie zajmujący mieszkanie, swoim zachowaniem polegającym na stosowaniu przemocy w rodzinie czyni szczególnie uciążliwym wspólne zamieszkiwanie, osoba dotknięta przemocą może żądać, aby sąd zobowiązał go do opuszczenia mieszkania.  Przepis ten w swoim zamierzeniu ma więc za zadanie chronić osoby dotknięte przemocą ze strony członka rodziny, które jednak nie mają możliwości uwolnić się od niego z uwagi na wspólne zamieszkiwanie. Cel, jak się wydaje, jest jeden: niezwłoczne odseparowanie poszkodowanego i oprawcy oraz zapobieżenie kontynuowania stosowania przemocy wobec rodziny. Przepis jest mocno interwencyjny, a skutki jego zastosowania daleko idące, stąd ustawodawca powinien przewidzieć bardzo skrupulatną i szczelną, uniemożliwiającą w jak najwyższym stopniu nadużycia tego prawa regulację. Mamy więc tu taki oto szereg przesłanek koniecznych do orzeczenia przez sąd opuszczenia przez daną osobę mieszkania: konieczność wspólnego zamieszkiwania sprawcy przemocy i osoby jej dotkniętą, szczególnie uciążliwy charakter zachowania sprawcywięzi rodzinne uczestników. Paragraf drugi wskazanego powyżej art. 11a, wskazuje, że ust. 1 stosuje się również w przypadku, gdy osoba dotknięta przemocą w rodzinie opuściła wspólnie zajmowane mieszkanie z powodu stosowania wobec niej przemocy w tym mieszkaniu oraz w sytuacji, w której małżonek, wstępny, zstępny, rodzeństwo, powinowaty w tej samej linii lub stopniu, osoba pozostająca w stosunku przysposobienia oraz jej małżonek, a także osoba pozostająca we wspólnym pożyciu oraz inna osoba stosująca przemoc w rodzinie, okresowo lub nieregularnie przebywa w mieszkaniu wspólnie z osobą dotkniętą przemocą w rodzinie. Tyle od ustawodawcy, a teraz kilka słów od praktyków, czyli od nas. Jak więc wyglądało de facto nasze pierwsze zetknięcie się z tymi zapisami w praktyce? Wyobraźmy sobie więc sobie małżonków, żyjących razem, mieszkających wspólnie z dziećmi w domu. Jedno z małżonków decyduje się jednak podjąć kroki zmierzające do uzyskania rozwodu i rozstania (w naszym przypadku – co podajemy jedynie dla kontekstu – powodem było jak się wydaje zakończenie więzi emocjonalnej i chęć rozpoczęcia nowego życia z innym partnerem). Wiadomo jednak, że od wizyty u prawnika (pozew rozwodowy) do wyprowadzki byłego małżonka (czyli rozwód, kontakty, władza rodzicielka, alimenty, podział majątku, egzekucja) to wiele, wiele lat. Jak by to więc wszystko przyspieszyć, żeby lata młodości, świetności, piękna cielesnego nie uciekały w tej małżeńskiej niedoli i pod dachem wspólnym z niekochanym już małżonkiem? Jak by tu pozbyć się tego niewygodnego członka rodziny? I w tym momencie wchodzi ona. Cała na biało. Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Tak. Widziałyśmy na własne prawnicze oczy, jak rękami tej właśnie ustawy małżonkowi naszego Klienta bez większego wysiłku (prawdopodobnie na podstawie porad udzielanych w internecie na forach dla kobiet), udało się pod nieobecność małżonka, którego ochoty nasz antybohater już więcej oglądać nie miał, zadzwonić na Policję (mógł też oczywiście stawić się na komisariacie), a następnie przedstawić siebie jako ofiarę domowej przemocy i zażądać odseparowania rzekomego oprawcy od ofiary na podstawie omawianej ustawy. Pewnie każdy w tym miejscu łapie się za głowę, bo przecież nikt nie uwierzy nam, kiedy nie mamy jakichkolwiek dowodów. Z resztą przecież nic w praworządnym państwie nie działa na wiarę. Nikt nie poczyni tak drastycznych kroków (wyrzucenie kogoś z domu na ulicę) bez udziału sądu, bez analizy przesłanek o których była wyżej mowa. Ale niestety – Policja może. Z pewnością niebawem napiszemy artykuł na temat problemów z jakimi borykać się muszą właściciele nieruchomości, w których przebywa niewłaściciel i nie chce takiej nieruchomości opuścić. Temat sytuacji ludzi bankrutujących z powodu braku możliwości eksmisji i bardzo – w naszej ocenie – niesprawiedliwego prawa w tej kwestii i co za tym idzie, temat bezczynności Policji, która stara się przy czynnościach dotyczących nieruchomości być bezstronna i nie wnikać w konflikt mający charakter sporu cywilnego, uczestniczyć tylko na zasadzie prewencyjnej i pilnując aby podczas płomiennych kłótni nikt nikogo nie pobił, wydaje nam się jakoś z tym o czym dzisiaj piszemy pokrewny. Póki co jednak zauważmy, że nawet więc gdyby Policja zastała w mieszkaniu dwie skłócone osoby, z których jedna posiadałaby zaopatrzony w klauzulę wykonalności wyrok eksmisyjny, a druga nie miałaby nic i twierdziła jedynie, że ona tu sobie jest i mogą jej wszyscy zrobić także dokładnie nic, to w jaki sposób Policja mogłaby pomóc? Co najpewniej by zrobiła? No właśnie – rzeczywiście okrągłe nic. A jak to jest w omawianym przypadku? Zacytowany powyżej fragment ustawy nie brzmi wcale aż tak drastycznie, bo przecież mamy tam Sąd, który zanim wyda decyzję, to wszystko zważy, przeanalizuje, sprawdzi czy wszystkie przesłanki zachodzą. Więc dlaczego my tu wciąż o Policji? I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. Otóż regulacje, o których tu mowa, a konkretniej dodany do ustawy o Policji art. 15aa ust. 1 nadaje, wobec osoby, która swoim zachowaniem polegającym na stosowaniu przemocy w rodzinie stwarza zagrożenie dla życia lub zdrowia osoby dotkniętej tą przemocą, bardzo szerokie uprawnienia Policji. Otóż na mocy powyższego przepisu, który w życie wszedł właśnie w maju 2020 r. policjant będzie miał prawo wydać nakaz natychmiastowego opuszczenia wspólnie zajmowanego mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia lub zakaz zbliżania się do mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia. Policja może więc nakazać „przemocowcowi” natychmiastowe opuszczenie domu. Sprowadza się to do naklejenia przysłowiowej karteczki na drzwiach z napisem „zakaz wstępu”. Bez przeprowadzania postępowania dowodowego, bez nawet potrzeby uprawdopodobnienia przez pokrzywdzonego czy funkcjonariuszy, iż nastąpiły jakieś zdarzenia, bez świadków, bez wcześniejszych interwencji. Słowem więc, nawet bez najmniejszego śladu przemocy, można kogoś wyrzucić z jego własnego domu. Oczywiście, w dalszym, już sądowym, etapie następuje postępowanie dowodowe, które toczy się normalnie na sali sądowej przed zawodowym sędzią (co ciekawe, ale też logiczne w postępowaniu cywilnym). A co rzekomy „przemocowiec” potuła się po mieście jako faktycznie bezdomny, to już tylko jego.  Żeby była jasność – ktokolwiek stosuje wobec domowników, tj. czy to dzieci, czy też innych członków rodziny przemoc zagrażającą zdrowiu czy życiu, niechaj już nigdy do domu nie wraca (niech trafi tam gdzie jego miejsce, czyli do aresztu, a następnie więzienia). Intencją naszego artykułu jest jednak zwrócenie uwagi na to, że narzędzie ustawodawcze, w rękach osób wyrachowanych, może być zwyczajnie niebezpieczne, dlatego warto nad konstrukcją takiego narzędzia zastanowić się trochę głębiej, albo w ogóle go nie wprowadzać. Wracając do przesłanek zastosowania przepisu, warto jeszcze zwrócić uwagę na to, że ustawa stosuje pojęcie przemocy, która z pewnością jest zjawiskiem szerszym niż znęcanie się. Przemocą może być np. nadużywanie władzy rodzicielskiej, stosowanie przeważnie komunikatów odrzucających i poniżających, wyzwiska i wulgaryzmy, notoryczne zgłaszanie pretensji z błahych powodów, krytykowanie, wypowiadanie przeważnie negatywne ocen i komentarzy pod adresem członków rodziny, wprowadzanie nerwowej atmosfery w domu. Takie zachowania bez wątpienia wywołują cierpienie wśród domowników, naruszają ich godność osobistą, prawo do spokojnego życia rodzinnego oraz więzi rodzinnych. Na skutek takich zachowań domownicy nie czują się swobodnie we własnym domu, wciąż są narażeni na kolejne upokorzenia i poniżającą krytykę ze strony oprawcy i dla takich osób, wprowadzone ustawą narzędzie, bez wątpienia jest obecnie jednym ze skuteczniejszych metod na walkę z przemocowcami. Ale sami Państwo widziecie jak bardzo zachowania objęte tą definicją są ocenne. I czy to rzeczywiście powinna oceniać Policja? autor: Paulina Stańczak-Wypych i Aleksandra Zagajewska – adwokaciJak [...]
20 listopada, 2021
czytaj więcej

Noriet Rodzinnie: Rozprawa rozwodowa w wersji on-line

Celowo wstrzymywałam się z oceną rozpraw online do momentu, w którym przerobię ich wystarczająco dużo. Początkowo podchodziłam do nich jak pies do jeża, z ograniczonym zaufaniem i jedną wielką niechęcią. Tymczasem, w miarę upływu czasu, dostrzegam coraz więcej zalet takiej formy przeprowadzania rozpraw, o ile każdy uczestnik rozprawy faktycznie uczestniczy w [...]
8 listopada, 2021
czytaj więcej