Obligacje: Emisja obligacji – podział ról

2 stycznia, 2020

„EMISJA OBLIGACJI”

SCENARIUSZ I REŻYSERIA: EMITENT

WYSTĘPUJĄ:

Emitent, Dom Maklerski, Agent Emisji, Administrator Zabezpieczeń, Rzeczoznawcy, Obligatariusze i inni

Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, siedmioma ustawami i siedmioma rozporządzeniami żył sobie Emitent. Trudnił się szeroko pojętą działalnością, tu kupił, tam sprzedał, tam zakręcił, tam zarobił, a tam czasem niestety i stracił.

Pewnego dnia Emitent zapragnął czegoś wielkiego, doskonałego i wiekopomnego. Niestety kiedy tylko chciał rozwijać skrzydła, ktoś próbował mu je podcinać. Z reguły były to „wredne” banki, które zamiast pożyczać mu pieniądze na ten cały rozwój zalewały go lawiną papierów, wymagań i oczekiwań.

Emitent wymyślił więc, że jedynym, ale też idealnym sposobem na jego nieszczęście będzie odnalezienie odważnych i bogatych ludzi, którzy pomogą mu wejść na szczyt, pomnażając przy tym swój kapitał. Ale i tu pojawiły się kłopoty. Nie miał bowiem biedny Emitent aż tylu kontaktów i kontrahentów skorych do tego, żeby finansować jego nowe pomysły.

I tak ta droga kręta, zaprowadziła do Domu Maklerskiego naszego Emitenta…

Proszę mi wierzyć, że tak zaczyna się prawie każda opowieść o emitencie. Pisząc ten fragment chciałam napisać „każda bajka”, ale nie zrobiłam tego dlatego, że czasami – jak u braci Grimm – bajki (o wysokich zyskach dla obligatariuszy) zaczynają przypominać  horror. Bo każda inwestycja obarczona jest ryzykiem, jednak jakoś nie zawsze inwestorzy widzą od razu jego rozmiar.  Raz więc na jakiś czas – gdy już owy horror nadejdzie, 

obligatariusze tacy (co w zasadzie jest dla nas zrozumiałe) starają się odnaleźć  potencjalnych winowajców, którzy zjedli babcię i upiekli Jasia.

Artykuł ten postanowiłam napisać aby niejako rozsypać (przy pomocy znajomych pracowników różnych instytucji) okruszki dzięki, którym łatwiej będzie odnaleźć drogę ku sprawiedliwości. Postaram się więc Państwu streścić role jakie „odgrywają” przeróżne podmioty o przeróżnych poważnych nazwach w toku emisji obligacji.

Ale od początku.

Każdy przedsiębiorca od czegoś zaczynał. Każda działalność była kiedyś mała, potem większa, a czasem jeszcze większa, aż stała się największa. Żeby ją rozwijać trzeba czynić postępy, a postępy to inwestycje. Inwestycje zaś, są jak związki. Czasem się udają, a czasem są kompletnym niewypałem i pociągają za sobą wiele przykrych konsekwencji, również finansowych.

Również w naszej działalności spotykamy się z inwestycjami, które nie wypaliły. Wpisane w DNA naszej działalności jest, na szczęście nieczęsto, zeznawanie w sprawach karnych, gdzie rozżaleni (co jest zrozumiałe) inwestorzy poszukują „sprawiedliwości” dopatrując się niecnych zamiarów u wszystkich, którzy mieli cokolwiek wspólnego z daną emisją, która nie „wypaliła”. Czy warto jest szukać winy u wszystkich uczestników emisji? Czy rzeczywiście wszystkie podmioty mają wpływ na losy waszych obligacji? Warto tak naprawdę zatrzymać się i zastanowić się nad tym, kto jakie role pełni w procesie emisji obligacji i czy poza emitentem możemy mieć pretensje do kogoś jeszcze.

AKT 1 – SCENA PIERWSZA – od emitenta do petenta

Główne skrzypce zawsze gra emitent. To on ma jakiś pomysł, który chce sfinansować, to on poszukuje partnerów do tego, żeby wesprzeć swoje inwestycje. To on obiecuje nam, że środki, które chce pozyskać przeznaczy na dany cel, który jest określony w emisji. Czasami, w zamian za pożyczone od inwestorów pieniądze (przecież obligacje to tak naprawdę niemalże pożyczka) daje im jakieś zabezpieczenie. Czasami jest to hipoteka, czasami zastaw rejestrowy na akcjach, udziałach czy zbiorach wierzytelności.

AKT 1 – SCENA DRUGA – rzeczoznawca

W tym miejscu wkracza na scenę rzeczoznawca. Emitent ma obowiązek zapewnić wycenę zabezpieczenia, którą w praktyce wykonują biegli rzeczoznawcy. Jest to oczywiście wycena, która przedstawia wartość na dany dzień. Ceny mają jednak to do siebie, że lubią się zmieniać. Inwestorzy muszą mieć świadomość tego, że jeśli zabezpieczeniem są akcje bądź udziały, to trudno oczekiwać, żeby ich wartość nigdy się nie zmieniała. Co więcej, nawet jeśli dzisiaj twoje akcje mogą być warte milion złotych, to tego samego dnia po godzinie 14:00 mogą być warte setki razy mniej – szczególnie jeżeli są to udziały czy akcje samego emitenta, który ma kiepską sytuację finansową. Jeśli zaś np. twoim zabezpieczeniem jest np. zbiór wierzytelności, który ma charakter zmienny, to trzeba liczyć się z tym, że nigdy nie będzie on ciągle taki sam. Nawet jeśli zostanie Ci przedłożona lista wierzytelności, to pięć minut później może być już kompletnie nieaktualna, szczególnie wtedy kiedy emitent trudni się obrotem tymi wierzytelnościami. Na marginesie wskazuje, że emitenci  emitując obligacje bardzo często zawężają katalog swoich wierzytelności, które mają stanowić zabezpieczenie do np. wierzytelności z pożyczek udzielonych podmiotom zaczynającym się na literę „A” zaznaczając jednocześnie, że katalog jest rzecz jasna zmienny. Dzisiaj takich pożyczek emitent może mieć tysiąc, jutro może nie mieć żadnej. Inwestorzy muszą liczyć się w takim przypadku z ryzykiem inwestorskim i jeżeli chcą mieć stuprocentową inwestycję, to niestety pozostaje im lokata bankowa z pewnym i stałym oprocentowaniem. W każdym innym przypadku, w zamian za wyższą stopę zwrotu czyli wyższy zarobek, muszą mieć z tyłu głowy świadomość, że w każdej inwestycji może coś pójść nietak.

Nie ma co przypisywać innym podmiotom uczestniczącym w inwestycji nadmocy, które mogłby ustrzec inwestorów przed złymi zamiarami emitenta. Bardzo często inwestorzy roszczą pretensję pod adresem np. rzeczoznawców, „bo wycena była za wysoka” – czyżby? Nie jestem oczywiście w stanie wykluczyć tego, że ktoś wycenę sporządza nieuczciwie niemniej trudno jest mi to sobie jednak wyobrazić. Co więcej, trudno mi spotkać przykład wyceny, która koniec końców nie obroniłaby się. Pomijam w tym miejscu zmiany cen – znamy wiele przykładów, w których zabezpieczeniem obligacji była nieruchomość rolna, która po zmianie ustawy regulującej obrót takimi nieruchomościami, stała się niemalże bezwartościowa. Czy to jest czyjaś wina, że jej cena drastycznie spadła? Niestety najpewniej nie.

AKT 2 – scena pierwsza – Dom maklerski

Wszędzie dobrze, w domu najlepiej. Może nie do końca dla emitenta, jeżeli chodzi o domy maklerskie, szczególnie pod kątem kosztów emisji.

Rola domów maklerskich polega przede wszystkim naprzeprowadzeniu oferty obligacji korporacyjnych oraz certyfikatów inwestycyjnych emitowanych przez fundusze inwestycyjne zamknięte.

Nieodzownym elementem ich działalności jest możliwość pozyskania dla przedsiębiorstwa finansowania. Kluczem do sukcesu w tym obszarze jest relacja z potencjalnymi inwestorami czyli kontakty:)

W ramach pełnienia funkcji oferującego dom maklerski m.in.
1) przygotuje analizy dotyczące Klienta będącego emitentem,
2) sporządzi prospekt emisyjny, memorandum lub inne dokumenty związane z ofertą,
3) przygotuje i złoży wymagane dokumenty do KNF, KDPW, GPW lub innych instytucji rynku finansowego związanych z dopuszczeniem papierów wartościowych Klienta do obrotu regulowanego,
4) wesprze Klienta w procedurach formalnych w KNF, KDPW i GPW i innych instytucjach rynku finansowego, pomoże znaleźć agenta emisji oraz sponsora emisji;
5) zorganizuje i przeprowadzi subskrypcje papierów wartościowych Klienta, w tym:
‐ zorganizuje konsorcjum dystrybucyjne sieci sprzedaży papierów wartościowych,
‐ zorganizuje w uzgodnieniu z Klientem spotkania z inwestorami,
‐ przeprowadzi proces budowania książki popytu,
‐ będzie monitorował przebieg subskrypcji oraz przedstawi propozycje przydziału papierów wartościowych,
6) dokona wyceny Instrumentów finansowych,
7) podejmie wszelkie inne działania, które zgodnie z posiadanym zezwoleniem i przepisami prawa przyczynią się do skutecznej realizacji celów związanych z emisją papierów wartościowych.

Jak widać, aktywność domu maklerskiego koncentruje się na przygotowaniu dokumentacji i sprzedaży obligacji. W tym miejscu warto nadmienić, że dom maklerski wspiera emitenta w przygotowywaniu dokumentacji – nie można czynić pod jego adresem zarzutów, że inwestycja emitenta nie „wypaliła” – to nie dom maklerski czyni bowiem inwestycje ze środków zgromadzonych w toku emisji obligacji – robi to emitent! Proszę pamiętać, że pomijam oczywiście jakieś patologiczne przypadki, które w każdej dziedzinie życia mogą się pojawić, wypowiadam się całkowicie co do zasady.

AKT 2 – scena druga – Agent emisji

Na naszej scenie występuje również agent emisji. Może do niego zatem można kierować swoje żale, skargi i zażalenia? Żeby to ewentualnie robić należałoby najpierw określić jakie są jego obowiązki. Podstawową rolą agenta emisji jest doprowadzenie do wydania obligacji ich nabywcom poprzez zarejestrowanie obligacji w KDPW, a następnie zapisanie ich na indywidualnych rachunkach maklerskich. Jest to rola ustawowo obligatoryjna dla wszystkich emitentów obligacji, którzy nie planuję wprowadzać instrumentów na Catalyst, czyli na rynek wtórny obligacji zorganizowany przez GPW. Dodam, że agentem emisji mogą być wyłącznie domy maklerskie lub banki z licencją na prowadzenie rachunków papierów wartościowych.

Dodatkowo na etapie przygotowania emisji agent emisji jest zobowiązany do weryfikacji zdolności emitenta do emisji obligacji oraz zgodności dokumentacji emisyjnej z wymogami przepisów prawa oraz regulacji KDPW. W tym zakresie agent emisji ściśle współpracuje z emitentem, oferującymi i innymi podmiotami zaangażowanymi w emisję. Rola agenta emisji kończy się w momencie zapisania obligacji na rachunkach maklerskich. Agent emisji może dodatkowo pełnić funkcję sponsora emisji, który prowadzi rejestr obligatariuszy zapisanych na rzecz podmiotów nie posiadających rachunków maklerskich.

Jak widać, rola agenta emisji również ogranicza się głównie do szeroko pojętej papierologii i pilnowania tego, żeby wszelkim formalnościom stało się zadość.

AKT 2 – scena trzecia – administrator zabezpieczeń

Poboczną rolę – oczywiście dopóki obligacje funkcjonują prawidłowo pełni administrator zabezpieczeń, o którym niejednokrotnie pisaliśmy. Podstawowym zadaniem administratora jest to, żeby w przypadku kiedy obligacje nie zostaną wykupione, administrator podejmował działania zmierzające do zaspokojenia obligatariuszy z przedmiotu zabezpieczenia. Dobrze jest zatem, aby był to podmiot wyspecjalizowany w postępowaniu sądowym bo to tam będzie znajdowała się oś wszelkich wydarzeń w tym zakresie. Dlatego w praktyce są to z reguły kancelarie prawne, adwokackie itp. Kto miałby bowiem lepiej ocenić ryzyko procesowe, zebrać odpowiednie dokumenty, wnieść pozew do sądu itp. niż profesjonalny pełnomocnik taki jak adwokat czy radca prawny. Czy można czynić pod adresem administratora jakieś zarzuty? Oczywiście : szczególnie wtedy kiedy nic nie robi. Przy czym „nic nie robi” czasami klienci postrzegają inaczej, niż sam administrator. Proszę mi wierzyć, że administrator zrzesza niekiedy kilkadziesiąt osób czy podmiotów w ramach jednej emisji, i każda z tych osób – obligatariuszy, może mieć inny pogląd na sprawę i na temat tego, czy już sprawę kierować do sądu. Ale o tym poczynię jeszcze kilka uwag, pisząc artykuł o „kuchni” administratora zabezpieczeń. W każdym razie trudno jest obarczać winą administratora, że plany emitenta legły w gruzach. Można za to czynić pod jego adresem zarzuty, jeśli np. uchyla się od swoich obowiązków, bezzasadnie odmawia podjęcia sprawy (gdy ma np. wszystkie niezbędne dokumenty, opłaty itd.) albo „znika” i wyparowuje z rynku zostawiając obligatariuszy na tzw. lodzie. Sytuacje o których piszę niestety doskonale znamy, albowiem niestety nasi klienci niejednokrotnie doświadczyli tak skrajnych sytuacji z udziałem nieuczciwych administratorów.

AKT 3 – OSTATNI : Zakończenie: Obligatariusze

Na koniec chciałabym przedstawić pewną historię, miała ona miejsce jakiś miesiąc temu. Skontaktowała się z nami obligatariuszka, która nabyła obligacje za 100.000 zł. Spółka nie wykupiła ich w terminie, podobno administrator nie reagował na próby kontaktu. Klientka kontaktując się z nami poprosiła m.in. „czy w ogóle hipoteka została ustanowiona, na kogo i na którym miejscu”.

Czyli dopiero brak wypłaty środków przez emitenta był momentem kiedy obligatariuszka w ogóle jakkolwiek zainteresowała się swoją sytuacją. Wpłaciła spółce, której nawet nie zna i nigdy wcześniej o niej nie słyszała, 100.000 zł., tylko dlatego, że jej doradca (sprzedawca) jej taką ofertę przedstawił. Takich sytuacji jest multum. Klienci w ogóle nie czynią jakichkolwiek ustaleń dotyczących danej inwestycji. Tymczasem warto chyba zastanowić się najpierw czy obligacje w ogóle są zabezpieczone, w jaki sposób, ile to jest warte, czy jest to nieruchomość, jeśli tak to jaka, jeśli wierzytelności to czy jest to zamknięty katalog, czy też katalog zmienny, kto jest administratorem, co w przypadku braku wykupu, jakie kroki będą musiały zostać podjęte zanim będzie można odzyskać zainwestowane środki, jakim kosztem itd. Hipoteka czy zastaw to nie jest żadna magiczna różdżka która wyczarowuje Państwu wasze pieniądze – żeby je „uruchomić” wielokrotnie trzeba przejść przez długotrwały i kosztowny proces sądowy – czasami nie jeden.

Klaps.

autor: Paulina Stańczak-Wypych – adwokat

Pozostałe wpisy

Noriet z Sądu: Ponad 400 000 zł zadośćuczynienia – omówienie naszej sprawy

Jedną z gałęzi spraw, którymi zajmujemy się w naszej kancelarii, są sprawy o zadośćuczynienie i odszkodowanie za krzywdy, które powstały na skutek wypadków komunikacyjnych. Z uwagi na to, że jest to kategoria spraw, która w dużej mierze bazuje na opiniach biegłych, które wpływają do akt w toku spraw sądowych, potrafią one trwać latami. Bardzo często klienci mocno zastanawiają [...]
30 grudnia, 2021
czytaj więcej

Obligacje: Hipoteka niejedno ma imię

Miesiąc listopad przyniósł nam wyrok zasądzający (na chwilę obecną – jeszcze nieprawomocny) w sprawie z powództwa naszej Kancelarii działającej w roli Administratora hipoteki ustanowionej na zabezpieczenie wyemitowanej serii obligacji przeciwko dłużnikom rzeczowym – właścicielom nieruchomości, na których ustanowione zostały hipoteki, niebędących emitentem tychże obligacji. Sprawa, [...]
2 grudnia, 2021
czytaj więcej

Noriet radzi: Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, czyli nakaz natychmiastowego opuszczenia mieszkania

Jak mówią „Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Doświadczenie życiowe uczy bowiem, że dobre intencje (również ustawodawcy) niestety nie są wystarczające do tego, by działanie przyniosło pozytywne skutki. Bywa niekiedy tak, że zamierzenia rozmijają się z efektami albo prowadzą do czegoś zupełnie odwrotnego. Chociaż teorii spiskowych znalazłybyśmy w internecie mnóstwo, przyjmijmy jednak, że założenia ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie były dobre i absolutnie pożądane społecznie. Cel jest mianowicie taki: natychmiast odseparować kata od ofiary. Cel z pewnością szczytny i ważny. Czy jednak możemy powiedzieć, że uświęca on środki – wszelkie środki? Nawet takie, które stoją w sprzeczności z podstawowymi wolnościami i prawami człowieka? No bo przecież prawo i władza państwowa mogą w te sprzeczności w pewnym sensie wchodzić. Prawo karne – pozbawienie i ograniczenie wolności, prawo administracyjne – zakaz budowy domu na terenie przeznaczonym pod zabudowę związaną z przemysłem czy na terenie zalewowym. Przykładów mamy oczywiście mnóstwo, ale taka jest kolej rzeczy. Tak to już jest. Ale czy to jest ten przypadek? Wracając jednak do tematu ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, której zapisy miałyśmy wreszcie okazję przetestować w praktyce. Tytułem wstępu zaznaczmy, że każdy kto zawodowo uczestniczy w sądowych sprawach rodzinnych doskonale wie, że w parze ze sprawą o rozwód z orzekaniem o winie podejrzanie często idą sprawy karne o znęcanie się. Przyznajemy szczerze, że trudno nam uwierzyć że tak ogromny odsetek rozwodów miałby być spowodowany, aż tak ciężkimi przewinieniami jak znęcanie się nad małżonkiem. Wobec tego nasz subiektywny wniosek z obserwacji czynionych na salach sądowych, jest dość prosty i oczywisty, chociaż co jasne, niekoniecznie prawdziwy. Mianowicie wydaje nam się, że bardzo duża ilość spraw o znęcanie się jest zupełnie bezzasadna i wytaczana wyłącznie na potrzeby postępowania rozwodowego (argument – mój mąż/moja żona jest winny/a rozpadowi małżeństwa, bo przecież toczy się przeciwko jemu/jej postępowanie karne o znęcanie się – wydaje się rozwodzącym się małżonkom bardzo przekonujący) bądź też „działem bitewnym” dla jednego ze skłóconych małżonków (nie chcesz się zgodzić na moje warunki, to ja cię oskarżę o znęcanie). No i niestety wydaje się, że z narzędziem, o którym dzisiaj tu opowiemy, będzie nie tylko podobnie, ale może być dużo gorzej. Bo to na razie pokazała nam praktyka. Aby sprawa karna, np. taka o znęcanie się, znalazła swój finał w postaci prawomocnego wyroku skazującego musi minąć sporo czasu. Taką sprawą zajmie się kompleksowo prokuratura i sąd. Jeśli ktoś rzeczywiście jest winny znęcaniu się szansa na to, że nie zostanie skazany jest już bardzo mała. I to są bardzo poważne sprawy i poważne oskarżenia, których nikt nie może zbagatelizować, ale też, chociażby z uwagi na względnie wysokie zagrożenia karą, trudno uwierzyć, żeby w takim postępowaniu sądowym miało nastapićskazanie przy kompletnym braku dowodów, wbrew domniemaniu niewinności. Inaczej niestety i w naszej ocenie dużo gorzej, sprawa ma się w przypadku przedmiotowej ustawy. Zacznijmy więc od przepisów. Zgodnie z art. 11a ust. 1 ustawy z 29 lipca 2005 roku o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (tj. z 24 sierpnia 2015 r. Dz.U. z 2015 r. poz. 1390) jeżeli członek rodziny wspólnie zajmujący mieszkanie, swoim zachowaniem polegającym na stosowaniu przemocy w rodzinie czyni szczególnie uciążliwym wspólne zamieszkiwanie, osoba dotknięta przemocą może żądać, aby sąd zobowiązał go do opuszczenia mieszkania.  Przepis ten w swoim zamierzeniu ma więc za zadanie chronić osoby dotknięte przemocą ze strony członka rodziny, które jednak nie mają możliwości uwolnić się od niego z uwagi na wspólne zamieszkiwanie. Cel, jak się wydaje, jest jeden: niezwłoczne odseparowanie poszkodowanego i oprawcy oraz zapobieżenie kontynuowania stosowania przemocy wobec rodziny. Przepis jest mocno interwencyjny, a skutki jego zastosowania daleko idące, stąd ustawodawca powinien przewidzieć bardzo skrupulatną i szczelną, uniemożliwiającą w jak najwyższym stopniu nadużycia tego prawa regulację. Mamy więc tu taki oto szereg przesłanek koniecznych do orzeczenia przez sąd opuszczenia przez daną osobę mieszkania: konieczność wspólnego zamieszkiwania sprawcy przemocy i osoby jej dotkniętą, szczególnie uciążliwy charakter zachowania sprawcywięzi rodzinne uczestników. Paragraf drugi wskazanego powyżej art. 11a, wskazuje, że ust. 1 stosuje się również w przypadku, gdy osoba dotknięta przemocą w rodzinie opuściła wspólnie zajmowane mieszkanie z powodu stosowania wobec niej przemocy w tym mieszkaniu oraz w sytuacji, w której małżonek, wstępny, zstępny, rodzeństwo, powinowaty w tej samej linii lub stopniu, osoba pozostająca w stosunku przysposobienia oraz jej małżonek, a także osoba pozostająca we wspólnym pożyciu oraz inna osoba stosująca przemoc w rodzinie, okresowo lub nieregularnie przebywa w mieszkaniu wspólnie z osobą dotkniętą przemocą w rodzinie. Tyle od ustawodawcy, a teraz kilka słów od praktyków, czyli od nas. Jak więc wyglądało de facto nasze pierwsze zetknięcie się z tymi zapisami w praktyce? Wyobraźmy sobie więc sobie małżonków, żyjących razem, mieszkających wspólnie z dziećmi w domu. Jedno z małżonków decyduje się jednak podjąć kroki zmierzające do uzyskania rozwodu i rozstania (w naszym przypadku – co podajemy jedynie dla kontekstu – powodem było jak się wydaje zakończenie więzi emocjonalnej i chęć rozpoczęcia nowego życia z innym partnerem). Wiadomo jednak, że od wizyty u prawnika (pozew rozwodowy) do wyprowadzki byłego małżonka (czyli rozwód, kontakty, władza rodzicielka, alimenty, podział majątku, egzekucja) to wiele, wiele lat. Jak by to więc wszystko przyspieszyć, żeby lata młodości, świetności, piękna cielesnego nie uciekały w tej małżeńskiej niedoli i pod dachem wspólnym z niekochanym już małżonkiem? Jak by tu pozbyć się tego niewygodnego członka rodziny? I w tym momencie wchodzi ona. Cała na biało. Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Tak. Widziałyśmy na własne prawnicze oczy, jak rękami tej właśnie ustawy małżonkowi naszego Klienta bez większego wysiłku (prawdopodobnie na podstawie porad udzielanych w internecie na forach dla kobiet), udało się pod nieobecność małżonka, którego ochoty nasz antybohater już więcej oglądać nie miał, zadzwonić na Policję (mógł też oczywiście stawić się na komisariacie), a następnie przedstawić siebie jako ofiarę domowej przemocy i zażądać odseparowania rzekomego oprawcy od ofiary na podstawie omawianej ustawy. Pewnie każdy w tym miejscu łapie się za głowę, bo przecież nikt nie uwierzy nam, kiedy nie mamy jakichkolwiek dowodów. Z resztą przecież nic w praworządnym państwie nie działa na wiarę. Nikt nie poczyni tak drastycznych kroków (wyrzucenie kogoś z domu na ulicę) bez udziału sądu, bez analizy przesłanek o których była wyżej mowa. Ale niestety – Policja może. Z pewnością niebawem napiszemy artykuł na temat problemów z jakimi borykać się muszą właściciele nieruchomości, w których przebywa niewłaściciel i nie chce takiej nieruchomości opuścić. Temat sytuacji ludzi bankrutujących z powodu braku możliwości eksmisji i bardzo – w naszej ocenie – niesprawiedliwego prawa w tej kwestii i co za tym idzie, temat bezczynności Policji, która stara się przy czynnościach dotyczących nieruchomości być bezstronna i nie wnikać w konflikt mający charakter sporu cywilnego, uczestniczyć tylko na zasadzie prewencyjnej i pilnując aby podczas płomiennych kłótni nikt nikogo nie pobił, wydaje nam się jakoś z tym o czym dzisiaj piszemy pokrewny. Póki co jednak zauważmy, że nawet więc gdyby Policja zastała w mieszkaniu dwie skłócone osoby, z których jedna posiadałaby zaopatrzony w klauzulę wykonalności wyrok eksmisyjny, a druga nie miałaby nic i twierdziła jedynie, że ona tu sobie jest i mogą jej wszyscy zrobić także dokładnie nic, to w jaki sposób Policja mogłaby pomóc? Co najpewniej by zrobiła? No właśnie – rzeczywiście okrągłe nic. A jak to jest w omawianym przypadku? Zacytowany powyżej fragment ustawy nie brzmi wcale aż tak drastycznie, bo przecież mamy tam Sąd, który zanim wyda decyzję, to wszystko zważy, przeanalizuje, sprawdzi czy wszystkie przesłanki zachodzą. Więc dlaczego my tu wciąż o Policji? I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. Otóż regulacje, o których tu mowa, a konkretniej dodany do ustawy o Policji art. 15aa ust. 1 nadaje, wobec osoby, która swoim zachowaniem polegającym na stosowaniu przemocy w rodzinie stwarza zagrożenie dla życia lub zdrowia osoby dotkniętej tą przemocą, bardzo szerokie uprawnienia Policji. Otóż na mocy powyższego przepisu, który w życie wszedł właśnie w maju 2020 r. policjant będzie miał prawo wydać nakaz natychmiastowego opuszczenia wspólnie zajmowanego mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia lub zakaz zbliżania się do mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia. Policja może więc nakazać „przemocowcowi” natychmiastowe opuszczenie domu. Sprowadza się to do naklejenia przysłowiowej karteczki na drzwiach z napisem „zakaz wstępu”. Bez przeprowadzania postępowania dowodowego, bez nawet potrzeby uprawdopodobnienia przez pokrzywdzonego czy funkcjonariuszy, iż nastąpiły jakieś zdarzenia, bez świadków, bez wcześniejszych interwencji. Słowem więc, nawet bez najmniejszego śladu przemocy, można kogoś wyrzucić z jego własnego domu. Oczywiście, w dalszym, już sądowym, etapie następuje postępowanie dowodowe, które toczy się normalnie na sali sądowej przed zawodowym sędzią (co ciekawe, ale też logiczne w postępowaniu cywilnym). A co rzekomy „przemocowiec” potuła się po mieście jako faktycznie bezdomny, to już tylko jego.  Żeby była jasność – ktokolwiek stosuje wobec domowników, tj. czy to dzieci, czy też innych członków rodziny przemoc zagrażającą zdrowiu czy życiu, niechaj już nigdy do domu nie wraca (niech trafi tam gdzie jego miejsce, czyli do aresztu, a następnie więzienia). Intencją naszego artykułu jest jednak zwrócenie uwagi na to, że narzędzie ustawodawcze, w rękach osób wyrachowanych, może być zwyczajnie niebezpieczne, dlatego warto nad konstrukcją takiego narzędzia zastanowić się trochę głębiej, albo w ogóle go nie wprowadzać. Wracając do przesłanek zastosowania przepisu, warto jeszcze zwrócić uwagę na to, że ustawa stosuje pojęcie przemocy, która z pewnością jest zjawiskiem szerszym niż znęcanie się. Przemocą może być np. nadużywanie władzy rodzicielskiej, stosowanie przeważnie komunikatów odrzucających i poniżających, wyzwiska i wulgaryzmy, notoryczne zgłaszanie pretensji z błahych powodów, krytykowanie, wypowiadanie przeważnie negatywne ocen i komentarzy pod adresem członków rodziny, wprowadzanie nerwowej atmosfery w domu. Takie zachowania bez wątpienia wywołują cierpienie wśród domowników, naruszają ich godność osobistą, prawo do spokojnego życia rodzinnego oraz więzi rodzinnych. Na skutek takich zachowań domownicy nie czują się swobodnie we własnym domu, wciąż są narażeni na kolejne upokorzenia i poniżającą krytykę ze strony oprawcy i dla takich osób, wprowadzone ustawą narzędzie, bez wątpienia jest obecnie jednym ze skuteczniejszych metod na walkę z przemocowcami. Ale sami Państwo widziecie jak bardzo zachowania objęte tą definicją są ocenne. I czy to rzeczywiście powinna oceniać Policja? autor: Paulina Stańczak-Wypych i Aleksandra Zagajewska – adwokaciJak [...]
20 listopada, 2021
czytaj więcej

Noriet Rodzinnie: Rozprawa rozwodowa w wersji on-line

Celowo wstrzymywałam się z oceną rozpraw online do momentu, w którym przerobię ich wystarczająco dużo. Początkowo podchodziłam do nich jak pies do jeża, z ograniczonym zaufaniem i jedną wielką niechęcią. Tymczasem, w miarę upływu czasu, dostrzegam coraz więcej zalet takiej formy przeprowadzania rozpraw, o ile każdy uczestnik rozprawy faktycznie uczestniczy w [...]
8 listopada, 2021
czytaj więcej