Obligacje: Rozwód emitenta obligacji z administratorem zabezpieczeń

3 sierpnia, 2021

To nie pierwszy mój raz kiedy zagadki prawa kapitałowego próbuję rozwiązywać i tłumaczyć poprzez porównania z sytuacjami życiowymi. Dzisiaj idąc znowu w kwestie rodzinne, a nawet prawnorodzinne chciałabym porównać cały proces emisji obligacji korporacyjnych z zabezpieczeniem, z punktu widzenia relacji administratora zabezpieczeń i emitenta takich obligacji, do instytucji małżeństwa. Najpierw, jeszcze przed jego zawarciem mamy etap fascynacji, wizji wspólnej i świetlanej przyszłości, następnie przychodzi czas na zaręczyny (list intencyjny), aż w końcu strony biorą obligacyjny ślub, czyli podpisują ostateczną umowę o administrowanie i wyemitowane oraz objęte zostają obligacje. Z punktu widzenia zarówno stron (emitenta i administratora) jak i obligatariuszy najlepiej byłoby zakończyć taką historię znanym wszystkim „i żyli długo i szczęśliwie”.

I znakomita większość z tych historii tak się właśnie kończy. Mamy nawet piękne i zdrowe potomstwo w postaci zrealizowanych obietnic (czytaj inwestycji). Część jednak dotyka niestety „choroba małżeńska” w postaci rozkładu pożycia. Zaczyna się dziać wówczas dokładnie tak jak niemalże w każdym związku w kryzysie: emitentowi coś nie idzie, zaczyna unikać kontaktu z administratorem, odsuwać się od niego, następnie ignorować go, aż w końcu w ogóle kontakt z administratorem zostaje urwany (i obligatariuszami niestety również).

Porzucony administrator wszelkimi możliwymi sposobami próbuje nakłonić „małżonka” do rozmów: czasami prośbą, czasami groźbą. Kiedy wszelkie inicjatywy w tym zakresie spełzają na niczym, dochodzi często do rozwodu, który ziszcza się poprzez wypowiedzenie umowy o administrowanie. Niestety, o ile na gruncie prawa rodzinnego, wszelkie więzi między małżonkami co do zasady ustają, tak między administratorem a emitentem sprawa jest nieco bardziej skomplikowana.

Czy w związku z wypowiedzeniem umowy o administrowanie administrator może przestać wykonywać swoje obowiązki, skoro umowa już wygasła? Czy może odmówić podejmowania działań na rzecz obligatariuszy? Niestety na próżno w tym zakresie szukać odpowiedzi w ustawie, która owszem – reguluje szczątkowo tę sytuację, natomiast różni ludzie wyprowadzą z tych uregulowań różne wnioski. Ale skoro nawet funkcjonująca od 24 lat Konstytucja, nadal generuje szereg wątpliwości, to co dopiero mówić o jakiejś tam ustawie o obligacjach.

Treść art. 31 ust 4 ustawy o obligacjach stanowi: „W przypadku wygaśnięcia umowy administrator hipoteki wykonuje prawa i obowiązki wierzyciela hipotecznego do czasu zawarcia przez emitenta umowy z nowym administratorem.” Nie ma oczywiście słowa o tym na jakich zasadach i kto ma za to płacić. Praca administratora, to nie są przecież jakieś drobne czynności, tylko działania zmierzające do egzekucji potężnych kwot zainwestowanych przez inwestorów, zasługujących na profesjonalną obsługę.

No właśnie, tylko co z wynagrodzeniem, skoro umowa między administratorem aemitentem nie istniejeAdministrator bowiem pomimo wypowiedzenia umów o administrowanie nadal pełni swoją funkcję administratora, a nie otrzymuje z tego tytułu wynagrodzenia. Z reguły dokonuje wielu czynności mających na celu dochodzenie wierzytelności z tytułu niewykupionych obligacji wyemitowanych przez spółkę, na bieżąco prowadząc sprawy na rzecz obligatariuszy. Czynności te to m.in. kontakt z obligatariuszami, kontrolowanie na bieżąco stanu wpisów w księgach wieczystych, Monitorze Sądowym i Gospodarczym, Krajowym Rejestrze Sądowym, przygotowywanie i zamieszczanie komunikatów dla obligatariuszy, przygotowanie i skierowanie na drogę sądową pozwu i prowadzenie postępowania sądowego, konsultacje z pełnomocnikami obligatariuszy, analizy sytuacji prawnej obligatariuszy, korespondencja z obligatariuszami, weryfikacja dokumentacji i pism od obligatariuszy itp. Nie brzmi to raczej jak spacer przez plażę prawda? 

Tymczasem niejednokrotnie jest tak, że umowa o współpracę zostaje rozwiązana, a administrator zostaje z masą obowiązków i bez wynagrodzenia. Czy taką sytuację da się rozwiązać? Oczywiście, część sytuacji rozwiązują obligatariusze z administratorem i sami na siebie biorą odpowiedzialność za wynagrodzenie dla administratora. Część jednak administratorów, mimo rozwiązanej umowy, do momentu ustanowienia nowego administratora, powołuje się w rozliczeniach z emitentem na przepisy o bezpodstawnym wzbogaceniu.

Wskazać należy bowiem, że w opisanych sytuacjach emitent korzysta bezumownie z usług świadczonych przez administratora w postaci administrowania przez niego np. hipotekami zabezpieczającymi wierzytelności obligatariuszy obligacji wyemitowanymi przez emitenta, a w konsekwencji korzystanie z tych świadczeń przez emitenta powoduje po jego stronie powstanie bezpodstawnego wzbogacenia. Emitent czerpie bowiem z pracy administratora nie płacąc mu za to ani grosza. Wykorzystuje fakt, że administrator nie może nie wykonywać swoich obowiązków, które nakłada na niego ustawa. 

Zgodnie z art. 750 k.c. do umów o świadczenie usług, które nie są uregulowane innymi przepisami, stosuje się odpowiednio przepisy o zleceniu. Jak stanowi treść art. 734 par. 1 k.c. przez umowę zlecenia przyjmujący zlecenie zobowiązuje się do dokonania określonej czynności prawnej dla dającego zlecenie, a dalej art. 735 par. 1 k.c. stanowi: „jeżeli ani z umowy, ani z okoliczności nie wynika, że przyjmujący zlecenie zobowiązał się wykonać je bez wynagrodzenia, za wykonanie zlecenia należy się wynagrodzenie.”.

Zgodnie z art. 405 k.c. kto bez podstawy prawnej uzyskał korzyść majątkową kosztem innej osoby, obowiązany jest do wydania korzyści w naturze, a gdyby to nie było możliwe, do zwrotu jej wartości. W opisanej sytuacji bezpodstawne wzbogacenie polega na tym, że emitent zaoszczędził środki, które z tytułu korzystania z usługi musiałby normalnie wydać na rzecz innego podmiotu. Podkreślić ponadto należy, że zakładamy, że administrator wciąż aktywnie działa i świadczy swoje usługi, gdyż wykonuje czynności, do których jest zobowiązany na podstawie ustawy, prowadzi postępowania na rzecz obligatariuszy zarówno na drodze sądowej, jak i na drodze polubownej.

Tymczasem emitent pomimo tego, że dysponuje przecież instrumentem w postaci możliwości zawarcia nowych umów o administrowanie z nowym podmiotem i ukształtowania tego stosunku prawnego na nowych zasadach tego nie czyni, korzystając wciąż beztrosko z usług administratora, co również przemawia za tym, że takie relacje między stronami, powinny być oceniane w pryzmacie art. 405 k.c. Usługi wykonywane przez Administratora są niezbędne emitentowi, gdyż tylko wtedy może ona się wywiązać ze zobowiązania nałożonego na nią ustawą o obligacjach tj. obowiązku emitenta wobec obligatariuszy w postaci wyznaczenia administratora zabezpieczeń i zawarcia z nim umowy w tym przedmiocie. 

Emitent zobowiązany jest więc w zamian za korzystanie z tych usług do zapłaty administratorowi wynagrodzenia, które to wynagrodzenie można ustalić na podstawie cen, które zostały ustalone przez strony w umowach o administrowanie. Samo przez się rozumie się przy tym iż stawki taki będą stawkami rynkowymi, gdyż funkcjonowały w obrocie dokładnie w takich okolicznościach, gdyż widniały na faktycznie zawartych i faktycznie wykonywanych umowach. Były przez emitenta akceptowane i płacone. Rozwód między administratorem a emitentem, przez który rozumiem właśnie wypowiedzenie umowy o administrowanie, mimo niezwykle specyficznego zapisu ustawy o obligacjach obligującego administratora do działania nawet bez umowy, nie oznacza w żadnym razie, że emitent nie jest zobowiązany do płacenia (idąc dalej w moją prawnorodzinną metaforę) na rzecz byłego już małżonka „alimentów”.

Praca „pro bono” winna bowiem wynikać z potrzeby serca, a nie z przymusu.

Polecamy również nasz inny wpis dotyczący administratora hipoteki!

autor: Paulina Stańczak-Wypych – adwokat

Pozostałe wpisy

Noriet z Sądu: Ponad 400 000 zł zadośćuczynienia – omówienie naszej sprawy

Jedną z gałęzi spraw, którymi zajmujemy się w naszej kancelarii, są sprawy o zadośćuczynienie i odszkodowanie za krzywdy, które powstały na skutek wypadków komunikacyjnych. Z uwagi na to, że jest to kategoria spraw, która w dużej mierze bazuje na opiniach biegłych, które wpływają do akt w toku spraw sądowych, potrafią one trwać latami. Bardzo często klienci mocno zastanawiają [...]
30 grudnia, 2021
czytaj więcej

Obligacje: Hipoteka niejedno ma imię

Miesiąc listopad przyniósł nam wyrok zasądzający (na chwilę obecną – jeszcze nieprawomocny) w sprawie z powództwa naszej Kancelarii działającej w roli Administratora hipoteki ustanowionej na zabezpieczenie wyemitowanej serii obligacji przeciwko dłużnikom rzeczowym – właścicielom nieruchomości, na których ustanowione zostały hipoteki, niebędących emitentem tychże obligacji. Sprawa, [...]
2 grudnia, 2021
czytaj więcej

Noriet radzi: Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, czyli nakaz natychmiastowego opuszczenia mieszkania

Jak mówią „Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Doświadczenie życiowe uczy bowiem, że dobre intencje (również ustawodawcy) niestety nie są wystarczające do tego, by działanie przyniosło pozytywne skutki. Bywa niekiedy tak, że zamierzenia rozmijają się z efektami albo prowadzą do czegoś zupełnie odwrotnego. Chociaż teorii spiskowych znalazłybyśmy w internecie mnóstwo, przyjmijmy jednak, że założenia ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie były dobre i absolutnie pożądane społecznie. Cel jest mianowicie taki: natychmiast odseparować kata od ofiary. Cel z pewnością szczytny i ważny. Czy jednak możemy powiedzieć, że uświęca on środki – wszelkie środki? Nawet takie, które stoją w sprzeczności z podstawowymi wolnościami i prawami człowieka? No bo przecież prawo i władza państwowa mogą w te sprzeczności w pewnym sensie wchodzić. Prawo karne – pozbawienie i ograniczenie wolności, prawo administracyjne – zakaz budowy domu na terenie przeznaczonym pod zabudowę związaną z przemysłem czy na terenie zalewowym. Przykładów mamy oczywiście mnóstwo, ale taka jest kolej rzeczy. Tak to już jest. Ale czy to jest ten przypadek? Wracając jednak do tematu ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, której zapisy miałyśmy wreszcie okazję przetestować w praktyce. Tytułem wstępu zaznaczmy, że każdy kto zawodowo uczestniczy w sądowych sprawach rodzinnych doskonale wie, że w parze ze sprawą o rozwód z orzekaniem o winie podejrzanie często idą sprawy karne o znęcanie się. Przyznajemy szczerze, że trudno nam uwierzyć że tak ogromny odsetek rozwodów miałby być spowodowany, aż tak ciężkimi przewinieniami jak znęcanie się nad małżonkiem. Wobec tego nasz subiektywny wniosek z obserwacji czynionych na salach sądowych, jest dość prosty i oczywisty, chociaż co jasne, niekoniecznie prawdziwy. Mianowicie wydaje nam się, że bardzo duża ilość spraw o znęcanie się jest zupełnie bezzasadna i wytaczana wyłącznie na potrzeby postępowania rozwodowego (argument – mój mąż/moja żona jest winny/a rozpadowi małżeństwa, bo przecież toczy się przeciwko jemu/jej postępowanie karne o znęcanie się – wydaje się rozwodzącym się małżonkom bardzo przekonujący) bądź też „działem bitewnym” dla jednego ze skłóconych małżonków (nie chcesz się zgodzić na moje warunki, to ja cię oskarżę o znęcanie). No i niestety wydaje się, że z narzędziem, o którym dzisiaj tu opowiemy, będzie nie tylko podobnie, ale może być dużo gorzej. Bo to na razie pokazała nam praktyka. Aby sprawa karna, np. taka o znęcanie się, znalazła swój finał w postaci prawomocnego wyroku skazującego musi minąć sporo czasu. Taką sprawą zajmie się kompleksowo prokuratura i sąd. Jeśli ktoś rzeczywiście jest winny znęcaniu się szansa na to, że nie zostanie skazany jest już bardzo mała. I to są bardzo poważne sprawy i poważne oskarżenia, których nikt nie może zbagatelizować, ale też, chociażby z uwagi na względnie wysokie zagrożenia karą, trudno uwierzyć, żeby w takim postępowaniu sądowym miało nastapićskazanie przy kompletnym braku dowodów, wbrew domniemaniu niewinności. Inaczej niestety i w naszej ocenie dużo gorzej, sprawa ma się w przypadku przedmiotowej ustawy. Zacznijmy więc od przepisów. Zgodnie z art. 11a ust. 1 ustawy z 29 lipca 2005 roku o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (tj. z 24 sierpnia 2015 r. Dz.U. z 2015 r. poz. 1390) jeżeli członek rodziny wspólnie zajmujący mieszkanie, swoim zachowaniem polegającym na stosowaniu przemocy w rodzinie czyni szczególnie uciążliwym wspólne zamieszkiwanie, osoba dotknięta przemocą może żądać, aby sąd zobowiązał go do opuszczenia mieszkania.  Przepis ten w swoim zamierzeniu ma więc za zadanie chronić osoby dotknięte przemocą ze strony członka rodziny, które jednak nie mają możliwości uwolnić się od niego z uwagi na wspólne zamieszkiwanie. Cel, jak się wydaje, jest jeden: niezwłoczne odseparowanie poszkodowanego i oprawcy oraz zapobieżenie kontynuowania stosowania przemocy wobec rodziny. Przepis jest mocno interwencyjny, a skutki jego zastosowania daleko idące, stąd ustawodawca powinien przewidzieć bardzo skrupulatną i szczelną, uniemożliwiającą w jak najwyższym stopniu nadużycia tego prawa regulację. Mamy więc tu taki oto szereg przesłanek koniecznych do orzeczenia przez sąd opuszczenia przez daną osobę mieszkania: konieczność wspólnego zamieszkiwania sprawcy przemocy i osoby jej dotkniętą, szczególnie uciążliwy charakter zachowania sprawcywięzi rodzinne uczestników. Paragraf drugi wskazanego powyżej art. 11a, wskazuje, że ust. 1 stosuje się również w przypadku, gdy osoba dotknięta przemocą w rodzinie opuściła wspólnie zajmowane mieszkanie z powodu stosowania wobec niej przemocy w tym mieszkaniu oraz w sytuacji, w której małżonek, wstępny, zstępny, rodzeństwo, powinowaty w tej samej linii lub stopniu, osoba pozostająca w stosunku przysposobienia oraz jej małżonek, a także osoba pozostająca we wspólnym pożyciu oraz inna osoba stosująca przemoc w rodzinie, okresowo lub nieregularnie przebywa w mieszkaniu wspólnie z osobą dotkniętą przemocą w rodzinie. Tyle od ustawodawcy, a teraz kilka słów od praktyków, czyli od nas. Jak więc wyglądało de facto nasze pierwsze zetknięcie się z tymi zapisami w praktyce? Wyobraźmy sobie więc sobie małżonków, żyjących razem, mieszkających wspólnie z dziećmi w domu. Jedno z małżonków decyduje się jednak podjąć kroki zmierzające do uzyskania rozwodu i rozstania (w naszym przypadku – co podajemy jedynie dla kontekstu – powodem było jak się wydaje zakończenie więzi emocjonalnej i chęć rozpoczęcia nowego życia z innym partnerem). Wiadomo jednak, że od wizyty u prawnika (pozew rozwodowy) do wyprowadzki byłego małżonka (czyli rozwód, kontakty, władza rodzicielka, alimenty, podział majątku, egzekucja) to wiele, wiele lat. Jak by to więc wszystko przyspieszyć, żeby lata młodości, świetności, piękna cielesnego nie uciekały w tej małżeńskiej niedoli i pod dachem wspólnym z niekochanym już małżonkiem? Jak by tu pozbyć się tego niewygodnego członka rodziny? I w tym momencie wchodzi ona. Cała na biało. Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Tak. Widziałyśmy na własne prawnicze oczy, jak rękami tej właśnie ustawy małżonkowi naszego Klienta bez większego wysiłku (prawdopodobnie na podstawie porad udzielanych w internecie na forach dla kobiet), udało się pod nieobecność małżonka, którego ochoty nasz antybohater już więcej oglądać nie miał, zadzwonić na Policję (mógł też oczywiście stawić się na komisariacie), a następnie przedstawić siebie jako ofiarę domowej przemocy i zażądać odseparowania rzekomego oprawcy od ofiary na podstawie omawianej ustawy. Pewnie każdy w tym miejscu łapie się za głowę, bo przecież nikt nie uwierzy nam, kiedy nie mamy jakichkolwiek dowodów. Z resztą przecież nic w praworządnym państwie nie działa na wiarę. Nikt nie poczyni tak drastycznych kroków (wyrzucenie kogoś z domu na ulicę) bez udziału sądu, bez analizy przesłanek o których była wyżej mowa. Ale niestety – Policja może. Z pewnością niebawem napiszemy artykuł na temat problemów z jakimi borykać się muszą właściciele nieruchomości, w których przebywa niewłaściciel i nie chce takiej nieruchomości opuścić. Temat sytuacji ludzi bankrutujących z powodu braku możliwości eksmisji i bardzo – w naszej ocenie – niesprawiedliwego prawa w tej kwestii i co za tym idzie, temat bezczynności Policji, która stara się przy czynnościach dotyczących nieruchomości być bezstronna i nie wnikać w konflikt mający charakter sporu cywilnego, uczestniczyć tylko na zasadzie prewencyjnej i pilnując aby podczas płomiennych kłótni nikt nikogo nie pobił, wydaje nam się jakoś z tym o czym dzisiaj piszemy pokrewny. Póki co jednak zauważmy, że nawet więc gdyby Policja zastała w mieszkaniu dwie skłócone osoby, z których jedna posiadałaby zaopatrzony w klauzulę wykonalności wyrok eksmisyjny, a druga nie miałaby nic i twierdziła jedynie, że ona tu sobie jest i mogą jej wszyscy zrobić także dokładnie nic, to w jaki sposób Policja mogłaby pomóc? Co najpewniej by zrobiła? No właśnie – rzeczywiście okrągłe nic. A jak to jest w omawianym przypadku? Zacytowany powyżej fragment ustawy nie brzmi wcale aż tak drastycznie, bo przecież mamy tam Sąd, który zanim wyda decyzję, to wszystko zważy, przeanalizuje, sprawdzi czy wszystkie przesłanki zachodzą. Więc dlaczego my tu wciąż o Policji? I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. Otóż regulacje, o których tu mowa, a konkretniej dodany do ustawy o Policji art. 15aa ust. 1 nadaje, wobec osoby, która swoim zachowaniem polegającym na stosowaniu przemocy w rodzinie stwarza zagrożenie dla życia lub zdrowia osoby dotkniętej tą przemocą, bardzo szerokie uprawnienia Policji. Otóż na mocy powyższego przepisu, który w życie wszedł właśnie w maju 2020 r. policjant będzie miał prawo wydać nakaz natychmiastowego opuszczenia wspólnie zajmowanego mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia lub zakaz zbliżania się do mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia. Policja może więc nakazać „przemocowcowi” natychmiastowe opuszczenie domu. Sprowadza się to do naklejenia przysłowiowej karteczki na drzwiach z napisem „zakaz wstępu”. Bez przeprowadzania postępowania dowodowego, bez nawet potrzeby uprawdopodobnienia przez pokrzywdzonego czy funkcjonariuszy, iż nastąpiły jakieś zdarzenia, bez świadków, bez wcześniejszych interwencji. Słowem więc, nawet bez najmniejszego śladu przemocy, można kogoś wyrzucić z jego własnego domu. Oczywiście, w dalszym, już sądowym, etapie następuje postępowanie dowodowe, które toczy się normalnie na sali sądowej przed zawodowym sędzią (co ciekawe, ale też logiczne w postępowaniu cywilnym). A co rzekomy „przemocowiec” potuła się po mieście jako faktycznie bezdomny, to już tylko jego.  Żeby była jasność – ktokolwiek stosuje wobec domowników, tj. czy to dzieci, czy też innych członków rodziny przemoc zagrażającą zdrowiu czy życiu, niechaj już nigdy do domu nie wraca (niech trafi tam gdzie jego miejsce, czyli do aresztu, a następnie więzienia). Intencją naszego artykułu jest jednak zwrócenie uwagi na to, że narzędzie ustawodawcze, w rękach osób wyrachowanych, może być zwyczajnie niebezpieczne, dlatego warto nad konstrukcją takiego narzędzia zastanowić się trochę głębiej, albo w ogóle go nie wprowadzać. Wracając do przesłanek zastosowania przepisu, warto jeszcze zwrócić uwagę na to, że ustawa stosuje pojęcie przemocy, która z pewnością jest zjawiskiem szerszym niż znęcanie się. Przemocą może być np. nadużywanie władzy rodzicielskiej, stosowanie przeważnie komunikatów odrzucających i poniżających, wyzwiska i wulgaryzmy, notoryczne zgłaszanie pretensji z błahych powodów, krytykowanie, wypowiadanie przeważnie negatywne ocen i komentarzy pod adresem członków rodziny, wprowadzanie nerwowej atmosfery w domu. Takie zachowania bez wątpienia wywołują cierpienie wśród domowników, naruszają ich godność osobistą, prawo do spokojnego życia rodzinnego oraz więzi rodzinnych. Na skutek takich zachowań domownicy nie czują się swobodnie we własnym domu, wciąż są narażeni na kolejne upokorzenia i poniżającą krytykę ze strony oprawcy i dla takich osób, wprowadzone ustawą narzędzie, bez wątpienia jest obecnie jednym ze skuteczniejszych metod na walkę z przemocowcami. Ale sami Państwo widziecie jak bardzo zachowania objęte tą definicją są ocenne. I czy to rzeczywiście powinna oceniać Policja? autor: Paulina Stańczak-Wypych i Aleksandra Zagajewska – adwokaciJak [...]
20 listopada, 2021
czytaj więcej

Noriet Rodzinnie: Rozprawa rozwodowa w wersji on-line

Celowo wstrzymywałam się z oceną rozpraw online do momentu, w którym przerobię ich wystarczająco dużo. Początkowo podchodziłam do nich jak pies do jeża, z ograniczonym zaufaniem i jedną wielką niechęcią. Tymczasem, w miarę upływu czasu, dostrzegam coraz więcej zalet takiej formy przeprowadzania rozpraw, o ile każdy uczestnik rozprawy faktycznie uczestniczy w [...]
8 listopada, 2021
czytaj więcej