Obligacje: Pożyczki – z administratorem hipoteki czy bez administratora?

24 września, 2020

Bez wątpienia nastały ciężkie czasy dla posiadaczy nadprogramowej gotówki. Oprocentowanie lokat szoruje po dnie klękając przed inflacją. Ceny mieszkań niezmiennie zaś osiągają szczyty, co w świetle spadających czynszów najmów z uwagi na studentów, którzy uczą się zdalnie, nie potrzebując lokum w miastach, w najbliższym czasie nie rokuje na wysokie stopy zwrotu z najmów. Jedno jest pewne: nic już nie jest pewne. Ale czy w inwestowaniu kiedykolwiek było inaczej?

Wracając do dzisiejszego tematu, z odsieczą dla inwestorów przychodzą pożyczki inwestycyjne. O co w ogóle w nich chodzi? Czy warto się tym tematem zainteresować? Na co zwrócić uwagę? Spróbuję w kilku słowach odpowiedzieć na powyższe pytania, przy czym nie będę tutaj oceniać tych produktów z punktu widzenia inwestycyjnego, tylko wyłącznie z perspektywy inwestora, któremu zależy na tym, aby były to rozwiązania zabezpieczone.

Z reguły zaczyna się podobnie. W praktyce bowiem najczęściej mamy do czynienia z podmiotami, które prowadzą działalność inwestycyjną i deweloperską na rynku nieruchomości na obszarze projektów mieszkaniowych czy np. komercyjnych. W związku z tym, że spółki stale rozbudowują portfel nieruchomości nabywanych w celu ich komercjalizacji i odsprzedaży lub realizacji projektów deweloperskich z przeznaczeniem pod zabudowę mieszkaniową, potrzebują one wsparcia finansowego – czyli po prostu pieniędzy. Mówiąc wprost: żeby postawić blok, przydałaby się działka, ale żeby ją kupić, przydałyby się pieniądze. Skąd wziąć zatem te nieszczęsne pieniądze? Jak jest z kredytami bankowymi każdy widzi, a przynajmniej słyszy, zaś proces emisji obligacji, szczególnie dla mniejszych podmiotów, nie jest zbyt przyjazny i prosty. Pozostaje zatem sposób najstarszy z najstarszych czyli: pożyczyć. Korzyść jest oczywista dla obu stron takiej pożyczki: pożyczkobiorca (np. deweloper) zyskuje środki na zrealizowanie swojej inwestycji, pożyczkodawca (inwestor) zaś otrzymuje w zamian oprocentowanie, które w chwili obecnej oscyluje w granicach 5-8 procent.

Wszystko wydaje się być super tylko co z tym zabezpieczeniem? Inwestorzy bardzo cieszą się na wieść o tym, że dostaną „siódemki” (swoją zachęcamy do zapoznania się z artykułem na ten temat). Tak zwane siódemki są zawsze rzecz jasna bardzo mile widziane, przy czym mam nadzieje, że oczywistym jest, że w sytuacji, w której podmiot, który „daje” nam siódemki popadnie w tarapaty finansowe to takie zabezpieczenie może niekoniecznie zaspokoić nasze potrzeby, albowiem z pustego to ani magiczne siódemki ani biblijny Salomon nie naleją.

Przejdźmy zatem do rozwiązania, które z punktu widzenia inwestorów wydaje się być najbardziej pewne, czyli do królowej zabezpieczeń – hipoteki. Celem zabezpieczenia wierzytelności przyszłej inwestorka wobec np. małego dewelopera o zwrot udzielonej mu pożyczki wraz z roszczeniem o wypłatę należnych odsetek, deweloperzy (pożyczkobiorcy) w umowach pożyczki zobowiązują się w takich przypadkach do ustanowienia hipoteki na nieruchomości. Co istotne, celem zrealizowania inwestycji, pożyczkobiorcy nie pożyczają co do zasady pieniędzy od jednej osoby, tylko od kilku. Hipoteka zaś powinna ich wszystkich zabezpieczać tak samo, czyli na pierwszym miejscu – czy to jest w ogóle do zrobienia?

Otóż jest, ale tylko wtedy kiedy ustanowiony zostanie administrator hipoteki. W przeciwnym razie nie będzie zwyczajnie możliwości prawnej / technicznej, aby np. 17 osób (pożyczkobiorców) widniało wspólnie na pierwszym miejscu w hipotece. W praktyce pożyczkobiorcy wpisują inwestorów do księgi wieczystej po kolei, jeden po drugim (z reguły o pierwszeństwie decyduje „kolejność zgłoszeń” czyli de facto kolejność zawarcia umów pożyczek). Efekt jest taki, że te przykładowe 16 osób z 17, nie ma pierwszeństwa zaspokojenia, albowiem tak jak wspomniałam powyżej, inwestorzy będą zabezpieczani jeden po drugim, przy czym w przypadku wyczerpania środków z hipoteki np. przy drugim pożyczkodawcy, trzeci pożyczkodawca nie zostanie już w ogóle zaspokojony.

Można oczywiście przyjąć, że to tylko gdybanie i straszenie, bo przecież wycena nieruchomości przedmiotu zabezpieczenia, którą przedłożył nam deweloper wskazuje, że działka warta jest np. 4 miliony a wartość pożyczek wynosi 3 miliony, więc z pewnością wszyscy zostaną zaspokojeni.
Teoretycznie – może tak będzie.
Praktycznie – nie zdarza się tak często.
W praktyce bowiem, kiedy dochodzi w końcu do sytuacji, w której pożyczki nie zostają spłacone i jedyną drogą odzyskania zainwestowanych pieniędzy jest egzekucja z nieruchomości, to nagle okazuje się, że środków ze sprzedaży może zwyczajnie nie wystarczyć. Dlaczego? Przecież działka warta jest np. 4 miliony a wartość pożyczek wynosi 3 miliony, więc z pewnością wszyscy zostaną zaspokojeni. Nie do końca tak jest, a żeby to wytłumaczyć, z pomocą przychodzi nam prosta matematyka.

Musicie wziąć przede wszystkim pod uwagę, że to wy-inwestorzy będziecie musieli ponieść koszty związane z odzyskiwaniem swoich pieniędzy. Pomijając koszty pomocy prawnej, które uzgodnicie sobie indywidualnie ze swoim adwokatem, doliczyć w tym przypadku należy koszty sądowe, które stanowią co do zasady 5 % od zainwestowanej kwoty, co przy np. zainwestowanych 200.000 zł. wynosi 10.000 zł. (opłata sądowa).
Jak już będziecie dysponować tytułem wykonawczym, sprawę kierujecie do komornika, który nie pracuje bez wynagrodzenia i również trzeba będzie ponieść koszty z tym związane. W pierwszej kolejności komornik wezwie was do uiszczenia zaliczek na korespondencję (ok. 200 zł.), na koszty wieczystoksięgowe (ok. 130 zł.), oraz na koszty na ogłoszenia w prasie (ok. 500-1000 zł.) Do kosztów doliczyć należy również oszacowanie w kwocie ok. 2.000 zł. – 8.000 zł. (opinia biegłego o aktualnej wartości nieruchomości). Na rzecz komornika przypada również wynagrodzenie w kwocie 10 % kwoty dochodzonej wierzytelności (jednak nie więcej niż 50.000 zł.)
Także lekką ręką, kosztów na starcie, przy kwocie pożyczki 200.000 zł., mamy już ok. 25.330 zł.

Co więcej koszty sądowe i komornicze, to nie jedyny pacman, który pożera nam szansę na odzyskanie całej zainwestowanej sumy, albowiem pamiętać należy o tym, że komornik nie wystawia na sprzedaż nieruchomości za kwotę wskazaną w oszacowaniu – wystawia ją za ¾ tej kwoty. Czyli nawet jeżeli nasza nieruchomość faktycznie została oszacowana na przykładowe 4 miliony złotych, to zostanie wystawiona za 3 00 000 zł. Tym samym już na starcie samych naszych kosztów nasza hipoteka w ogóle nie pokryje.

Jeśli jednak na pierwszej licytacji nie dochodzi do przybicia (albo nie ma chętnych) to wówczas cena wywoławcza nie wynosi już ¾ kwoty oszacowania, a tylko 2/3 kwoty oszacowania, co w naszym przykładzie obniża cenę wyjściową do 2 666 666 zł. Tym samym nie tylko nie zaspokajamy kosztów postępowania, ale również podstawowej kwoty zainwestowanej w pożyczki.

Przechodząc z tymi wyliczeniami na grunt przykładu, w którym mamy 17 hipotek (a nie administratora hipoteki, który jako jeden podmiot „zrzesza” wszystkich w swojej osobie), to pożyczkodawcy z pierwszeństwem są w uprzywilejowanej sytuacji, w stosunku do tych, którzy są „oczko” niżej. Istnieje bowiem prawdopodobieństwo, że w pewnym momencie pieniądze uzyskane z hipoteki po prostu się skończą i, że dla kolejnych inwestorów zwyczajnie zabraknie środków na pokrycie ich należności.

Bezpieczniej zatem jest mieć jednak administratora hipoteki – najlepiej kancelarię, która w przypadku opisanym powyżej będzie wiedziała co ma robić, zorganizuje zbiórkę pieniędzy na opłaty, oszczędzi inwestorom środków wydatkowanych na poszczególnych prawników, a przede wszystkim będzie w jednej osobie „zrzeszała” wszystkich inwestorów. Dzięki temu inwestorzy z miejsc innych niż pierwsze będą mogli czuć się bezpieczniej i pewniej, bo wierzytelność wszystkich pożyczkodawców będą zaspokojone w równym stopniu. Dodatkowo inwestorzy zyskują również anonimowość, albowiem technicznie Sąd wpisuje do księgi wieczystej tylko jeden podmiot i jest nim administrator hipoteki, nie zaś poszczególni pożyczkodawcy.

 

autor: Paulina Stańczak-Wypych – adwokat

Pozostałe wpisy

Noriet z Sądu: Ponad 400 000 zł zadośćuczynienia – omówienie naszej sprawy

Jedną z gałęzi spraw, którymi zajmujemy się w naszej kancelarii, są sprawy o zadośćuczynienie i odszkodowanie za krzywdy, które powstały na skutek wypadków komunikacyjnych. Z uwagi na to, że jest to kategoria spraw, która w dużej mierze bazuje na opiniach biegłych, które wpływają do akt w toku spraw sądowych, potrafią one trwać latami. Bardzo często klienci mocno zastanawiają [...]
30 grudnia, 2021
czytaj więcej

Obligacje: Hipoteka niejedno ma imię

Miesiąc listopad przyniósł nam wyrok zasądzający (na chwilę obecną – jeszcze nieprawomocny) w sprawie z powództwa naszej Kancelarii działającej w roli Administratora hipoteki ustanowionej na zabezpieczenie wyemitowanej serii obligacji przeciwko dłużnikom rzeczowym – właścicielom nieruchomości, na których ustanowione zostały hipoteki, niebędących emitentem tychże obligacji. Sprawa, [...]
2 grudnia, 2021
czytaj więcej

Noriet radzi: Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, czyli nakaz natychmiastowego opuszczenia mieszkania

Jak mówią „Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Doświadczenie życiowe uczy bowiem, że dobre intencje (również ustawodawcy) niestety nie są wystarczające do tego, by działanie przyniosło pozytywne skutki. Bywa niekiedy tak, że zamierzenia rozmijają się z efektami albo prowadzą do czegoś zupełnie odwrotnego. Chociaż teorii spiskowych znalazłybyśmy w internecie mnóstwo, przyjmijmy jednak, że założenia ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie były dobre i absolutnie pożądane społecznie. Cel jest mianowicie taki: natychmiast odseparować kata od ofiary. Cel z pewnością szczytny i ważny. Czy jednak możemy powiedzieć, że uświęca on środki – wszelkie środki? Nawet takie, które stoją w sprzeczności z podstawowymi wolnościami i prawami człowieka? No bo przecież prawo i władza państwowa mogą w te sprzeczności w pewnym sensie wchodzić. Prawo karne – pozbawienie i ograniczenie wolności, prawo administracyjne – zakaz budowy domu na terenie przeznaczonym pod zabudowę związaną z przemysłem czy na terenie zalewowym. Przykładów mamy oczywiście mnóstwo, ale taka jest kolej rzeczy. Tak to już jest. Ale czy to jest ten przypadek? Wracając jednak do tematu ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, której zapisy miałyśmy wreszcie okazję przetestować w praktyce. Tytułem wstępu zaznaczmy, że każdy kto zawodowo uczestniczy w sądowych sprawach rodzinnych doskonale wie, że w parze ze sprawą o rozwód z orzekaniem o winie podejrzanie często idą sprawy karne o znęcanie się. Przyznajemy szczerze, że trudno nam uwierzyć że tak ogromny odsetek rozwodów miałby być spowodowany, aż tak ciężkimi przewinieniami jak znęcanie się nad małżonkiem. Wobec tego nasz subiektywny wniosek z obserwacji czynionych na salach sądowych, jest dość prosty i oczywisty, chociaż co jasne, niekoniecznie prawdziwy. Mianowicie wydaje nam się, że bardzo duża ilość spraw o znęcanie się jest zupełnie bezzasadna i wytaczana wyłącznie na potrzeby postępowania rozwodowego (argument – mój mąż/moja żona jest winny/a rozpadowi małżeństwa, bo przecież toczy się przeciwko jemu/jej postępowanie karne o znęcanie się – wydaje się rozwodzącym się małżonkom bardzo przekonujący) bądź też „działem bitewnym” dla jednego ze skłóconych małżonków (nie chcesz się zgodzić na moje warunki, to ja cię oskarżę o znęcanie). No i niestety wydaje się, że z narzędziem, o którym dzisiaj tu opowiemy, będzie nie tylko podobnie, ale może być dużo gorzej. Bo to na razie pokazała nam praktyka. Aby sprawa karna, np. taka o znęcanie się, znalazła swój finał w postaci prawomocnego wyroku skazującego musi minąć sporo czasu. Taką sprawą zajmie się kompleksowo prokuratura i sąd. Jeśli ktoś rzeczywiście jest winny znęcaniu się szansa na to, że nie zostanie skazany jest już bardzo mała. I to są bardzo poważne sprawy i poważne oskarżenia, których nikt nie może zbagatelizować, ale też, chociażby z uwagi na względnie wysokie zagrożenia karą, trudno uwierzyć, żeby w takim postępowaniu sądowym miało nastapićskazanie przy kompletnym braku dowodów, wbrew domniemaniu niewinności. Inaczej niestety i w naszej ocenie dużo gorzej, sprawa ma się w przypadku przedmiotowej ustawy. Zacznijmy więc od przepisów. Zgodnie z art. 11a ust. 1 ustawy z 29 lipca 2005 roku o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (tj. z 24 sierpnia 2015 r. Dz.U. z 2015 r. poz. 1390) jeżeli członek rodziny wspólnie zajmujący mieszkanie, swoim zachowaniem polegającym na stosowaniu przemocy w rodzinie czyni szczególnie uciążliwym wspólne zamieszkiwanie, osoba dotknięta przemocą może żądać, aby sąd zobowiązał go do opuszczenia mieszkania.  Przepis ten w swoim zamierzeniu ma więc za zadanie chronić osoby dotknięte przemocą ze strony członka rodziny, które jednak nie mają możliwości uwolnić się od niego z uwagi na wspólne zamieszkiwanie. Cel, jak się wydaje, jest jeden: niezwłoczne odseparowanie poszkodowanego i oprawcy oraz zapobieżenie kontynuowania stosowania przemocy wobec rodziny. Przepis jest mocno interwencyjny, a skutki jego zastosowania daleko idące, stąd ustawodawca powinien przewidzieć bardzo skrupulatną i szczelną, uniemożliwiającą w jak najwyższym stopniu nadużycia tego prawa regulację. Mamy więc tu taki oto szereg przesłanek koniecznych do orzeczenia przez sąd opuszczenia przez daną osobę mieszkania: konieczność wspólnego zamieszkiwania sprawcy przemocy i osoby jej dotkniętą, szczególnie uciążliwy charakter zachowania sprawcywięzi rodzinne uczestników. Paragraf drugi wskazanego powyżej art. 11a, wskazuje, że ust. 1 stosuje się również w przypadku, gdy osoba dotknięta przemocą w rodzinie opuściła wspólnie zajmowane mieszkanie z powodu stosowania wobec niej przemocy w tym mieszkaniu oraz w sytuacji, w której małżonek, wstępny, zstępny, rodzeństwo, powinowaty w tej samej linii lub stopniu, osoba pozostająca w stosunku przysposobienia oraz jej małżonek, a także osoba pozostająca we wspólnym pożyciu oraz inna osoba stosująca przemoc w rodzinie, okresowo lub nieregularnie przebywa w mieszkaniu wspólnie z osobą dotkniętą przemocą w rodzinie. Tyle od ustawodawcy, a teraz kilka słów od praktyków, czyli od nas. Jak więc wyglądało de facto nasze pierwsze zetknięcie się z tymi zapisami w praktyce? Wyobraźmy sobie więc sobie małżonków, żyjących razem, mieszkających wspólnie z dziećmi w domu. Jedno z małżonków decyduje się jednak podjąć kroki zmierzające do uzyskania rozwodu i rozstania (w naszym przypadku – co podajemy jedynie dla kontekstu – powodem było jak się wydaje zakończenie więzi emocjonalnej i chęć rozpoczęcia nowego życia z innym partnerem). Wiadomo jednak, że od wizyty u prawnika (pozew rozwodowy) do wyprowadzki byłego małżonka (czyli rozwód, kontakty, władza rodzicielka, alimenty, podział majątku, egzekucja) to wiele, wiele lat. Jak by to więc wszystko przyspieszyć, żeby lata młodości, świetności, piękna cielesnego nie uciekały w tej małżeńskiej niedoli i pod dachem wspólnym z niekochanym już małżonkiem? Jak by tu pozbyć się tego niewygodnego członka rodziny? I w tym momencie wchodzi ona. Cała na biało. Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Tak. Widziałyśmy na własne prawnicze oczy, jak rękami tej właśnie ustawy małżonkowi naszego Klienta bez większego wysiłku (prawdopodobnie na podstawie porad udzielanych w internecie na forach dla kobiet), udało się pod nieobecność małżonka, którego ochoty nasz antybohater już więcej oglądać nie miał, zadzwonić na Policję (mógł też oczywiście stawić się na komisariacie), a następnie przedstawić siebie jako ofiarę domowej przemocy i zażądać odseparowania rzekomego oprawcy od ofiary na podstawie omawianej ustawy. Pewnie każdy w tym miejscu łapie się za głowę, bo przecież nikt nie uwierzy nam, kiedy nie mamy jakichkolwiek dowodów. Z resztą przecież nic w praworządnym państwie nie działa na wiarę. Nikt nie poczyni tak drastycznych kroków (wyrzucenie kogoś z domu na ulicę) bez udziału sądu, bez analizy przesłanek o których była wyżej mowa. Ale niestety – Policja może. Z pewnością niebawem napiszemy artykuł na temat problemów z jakimi borykać się muszą właściciele nieruchomości, w których przebywa niewłaściciel i nie chce takiej nieruchomości opuścić. Temat sytuacji ludzi bankrutujących z powodu braku możliwości eksmisji i bardzo – w naszej ocenie – niesprawiedliwego prawa w tej kwestii i co za tym idzie, temat bezczynności Policji, która stara się przy czynnościach dotyczących nieruchomości być bezstronna i nie wnikać w konflikt mający charakter sporu cywilnego, uczestniczyć tylko na zasadzie prewencyjnej i pilnując aby podczas płomiennych kłótni nikt nikogo nie pobił, wydaje nam się jakoś z tym o czym dzisiaj piszemy pokrewny. Póki co jednak zauważmy, że nawet więc gdyby Policja zastała w mieszkaniu dwie skłócone osoby, z których jedna posiadałaby zaopatrzony w klauzulę wykonalności wyrok eksmisyjny, a druga nie miałaby nic i twierdziła jedynie, że ona tu sobie jest i mogą jej wszyscy zrobić także dokładnie nic, to w jaki sposób Policja mogłaby pomóc? Co najpewniej by zrobiła? No właśnie – rzeczywiście okrągłe nic. A jak to jest w omawianym przypadku? Zacytowany powyżej fragment ustawy nie brzmi wcale aż tak drastycznie, bo przecież mamy tam Sąd, który zanim wyda decyzję, to wszystko zważy, przeanalizuje, sprawdzi czy wszystkie przesłanki zachodzą. Więc dlaczego my tu wciąż o Policji? I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. Otóż regulacje, o których tu mowa, a konkretniej dodany do ustawy o Policji art. 15aa ust. 1 nadaje, wobec osoby, która swoim zachowaniem polegającym na stosowaniu przemocy w rodzinie stwarza zagrożenie dla życia lub zdrowia osoby dotkniętej tą przemocą, bardzo szerokie uprawnienia Policji. Otóż na mocy powyższego przepisu, który w życie wszedł właśnie w maju 2020 r. policjant będzie miał prawo wydać nakaz natychmiastowego opuszczenia wspólnie zajmowanego mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia lub zakaz zbliżania się do mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia. Policja może więc nakazać „przemocowcowi” natychmiastowe opuszczenie domu. Sprowadza się to do naklejenia przysłowiowej karteczki na drzwiach z napisem „zakaz wstępu”. Bez przeprowadzania postępowania dowodowego, bez nawet potrzeby uprawdopodobnienia przez pokrzywdzonego czy funkcjonariuszy, iż nastąpiły jakieś zdarzenia, bez świadków, bez wcześniejszych interwencji. Słowem więc, nawet bez najmniejszego śladu przemocy, można kogoś wyrzucić z jego własnego domu. Oczywiście, w dalszym, już sądowym, etapie następuje postępowanie dowodowe, które toczy się normalnie na sali sądowej przed zawodowym sędzią (co ciekawe, ale też logiczne w postępowaniu cywilnym). A co rzekomy „przemocowiec” potuła się po mieście jako faktycznie bezdomny, to już tylko jego.  Żeby była jasność – ktokolwiek stosuje wobec domowników, tj. czy to dzieci, czy też innych członków rodziny przemoc zagrażającą zdrowiu czy życiu, niechaj już nigdy do domu nie wraca (niech trafi tam gdzie jego miejsce, czyli do aresztu, a następnie więzienia). Intencją naszego artykułu jest jednak zwrócenie uwagi na to, że narzędzie ustawodawcze, w rękach osób wyrachowanych, może być zwyczajnie niebezpieczne, dlatego warto nad konstrukcją takiego narzędzia zastanowić się trochę głębiej, albo w ogóle go nie wprowadzać. Wracając do przesłanek zastosowania przepisu, warto jeszcze zwrócić uwagę na to, że ustawa stosuje pojęcie przemocy, która z pewnością jest zjawiskiem szerszym niż znęcanie się. Przemocą może być np. nadużywanie władzy rodzicielskiej, stosowanie przeważnie komunikatów odrzucających i poniżających, wyzwiska i wulgaryzmy, notoryczne zgłaszanie pretensji z błahych powodów, krytykowanie, wypowiadanie przeważnie negatywne ocen i komentarzy pod adresem członków rodziny, wprowadzanie nerwowej atmosfery w domu. Takie zachowania bez wątpienia wywołują cierpienie wśród domowników, naruszają ich godność osobistą, prawo do spokojnego życia rodzinnego oraz więzi rodzinnych. Na skutek takich zachowań domownicy nie czują się swobodnie we własnym domu, wciąż są narażeni na kolejne upokorzenia i poniżającą krytykę ze strony oprawcy i dla takich osób, wprowadzone ustawą narzędzie, bez wątpienia jest obecnie jednym ze skuteczniejszych metod na walkę z przemocowcami. Ale sami Państwo widziecie jak bardzo zachowania objęte tą definicją są ocenne. I czy to rzeczywiście powinna oceniać Policja? autor: Paulina Stańczak-Wypych i Aleksandra Zagajewska – adwokaciJak [...]
20 listopada, 2021
czytaj więcej

Noriet Rodzinnie: Rozprawa rozwodowa w wersji on-line

Celowo wstrzymywałam się z oceną rozpraw online do momentu, w którym przerobię ich wystarczająco dużo. Początkowo podchodziłam do nich jak pies do jeża, z ograniczonym zaufaniem i jedną wielką niechęcią. Tymczasem, w miarę upływu czasu, dostrzegam coraz więcej zalet takiej formy przeprowadzania rozpraw, o ile każdy uczestnik rozprawy faktycznie uczestniczy w [...]
8 listopada, 2021
czytaj więcej