Noriet reaguje: Rozprawy zdalne coraz bardziej popularne

13 stycznia, 2021

Kilka tygodni temu po raz pierwszy miałam okazję uczestniczyć w tzw. rozprawie przeprowadzanej w trybie zdalnym, a również na nadchodzący okres w moim kalendarzu zaplanowanych jest parę podobnych spotkań z sądem. Ponieważ z racji faktu, że póki co nie zanosi się na to, że w najbliższym czasie pandemia nas opuści (przypominam, że od dnia 28 grudnia znajdujemy się w fazie tzw. narodowej kwarantanny) , a i sądy coraz chętniej zaczynają korzystać z przewidzianych rozwiązań zakładających przeprowadzanie rozpraw bez fizycznej obecności stron, pełnomocników czy świadków w sądzie uznałam, że czas podzielić się wrażeniami z odbytej pierwszej rozprawy w trybie on-line.

Podstawą prawną umożliwiającą sądom skorzystanie z możliwości przeprowadzenia rozprawy w tej formie jest ustawa o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19, innych chorób zakaźnych i wywołanych nimi sytuacji kryzysowych.
Jak technicznie wygląda przeprowadzenie takiej rozprawy?

Możliwości jest kilka:
– sąd albo od razu postanowi o przeprowadzeniu rozprawy bez stawiennictwa stron, i to beż możliwości fizycznego stawiennictwa (czyli forma online będzie jedynym możliwym sposobem uczestnictwa w rozprawie), albo, jak to miało miejsce w moim przypadku
– parę dni przed planowaną rozprawą wyśle mailowo zawiadomienie o możliwości zgłoszenia chęci udziału w posiedzeniu za pośrednictwem urządzenia mobilnego/komputera (wtedy istnieje możliwość wyboru – czy preferujemy fizyczne stawiennictwo w sądzie, czy też chcemy w rozprawie uczestniczyć za pomocą środków porozumiewania się na odległość) lub też poinformuje nas pisemnie, przy okazji doręczanego pisma o tym, że rozprawa może odbyć się w takim trybie i wskaże adres mailowy dedykowany do obsługi takiej rozprawy online (czyli tutaj również forma ta jest fakultatywna).

Aby móc uczestniczyć w rozprawie bez fizycznego stawiennictwa w sądzie, trzeba dysponować urządzeniem mobilnym które umożliwia jednoczesną transmisję dźwięku i obrazu oraz mieć zainstalowaną na nim aplikację Microsoft Teams – jeżeli korzystamy z komputera, nie jest konieczne zainstalowanie aplikacji, można bowiem uruchomić przesłany link z poziomu przeglądarki.

Co istotne, w przypadku zarządzenia rozprawy w trybie zdalnym, na którym mają być przesłuchane strony lub świadkowie, dopuszcza się możliwość korzystania przez pełnomocników, strony i świadków z jednego urządzenia/komputera zapewniającego transmisję. Oznacza to tym samym, że każda z osób wezwanych na termin oraz pełnomocnik nie muszą koniecznie znajdować się w fizycznie osobnych pomieszczeniach i korzystać z różnych urządzeń – mogą zorganizować się w ten sposób, że będą w rozprawie uczestniczyć niejako razem, korzystając z urządzenia jednego z nich.

Każda z osób uczestniczących w posiedzeniu w formie zdalnej musi udostępnić sądowi swój adres e-mail celem przesłania linku do rozprawy oraz numeru telefonu do kontaktu. Na ten adres otrzymamy link do spotkania w Microsoft Teams, który w odpowiednim czasie przed godziną wyznaczoną na posiedzenie należy kliknąć, aby połączyć się z sądem.

Pytanie, które nasuwało mi się przed rozpoczęciem takiej rozprawy, dotyczyło kwestii związanej z obecnością zakładania togi przez profesjonalnych pełnomocników. Ponieważ skład orzekający przebywa w budynku sądu, sędzia zobowiązany jest uczestniczyć w rozprawie w stroju urzędowym – kwestia ta nie pozostawia pola do dyskusji. Odmiennie natomiast wydaje się mogłaby się przedstawiać kwestia zakładania togi przez pełnomocników, którzy w budynku sądu się nie znajdują. Nie mniej jednak, ponieważ sędzia w czasie rozprawy z uwagi na to, że odbywa się ona w budynku sądu musi zakładać togę, również i pełnomocnicy w czasie takiego nietypowego „posiedzenia” występują w swoich togach.

Jak mogę opisać moje wrażenia z pierwszego posiedzenia odbytego w ten sposób? Muszę przyznać, że wszystko przebiegło dość sprawnie i ogólnie bez zarzutu. Organizacja takiej rozprawy, w szczególności kiedy mamy do czynienia z dość krótką rozprawą, na której nie będą słuchani świadkowie, biegli czy strony (przesłuchiwanie większej ilości osób w ten sposób może okazać się jednak dość problematyczne i prawdopodobnie w takiej sytuacji lepsze byłoby fizyczne stawiennictwo w sądzie) pozwala zaoszczędzić bardzo dużo czasu – zamiast jechać do sądu, szukać miejsca do parkowania, co szczególnie w Warszawie praktycznie zawsze nastręcza problemów i powoduje, że musimy zarezerwować sobie na tę czynność dodatkowy zapas czasu, a także mając na względzie często występujące opóźnienia rozpraw wyznaczonych na wokandę, perspektywa „udania się” na rozprawę w zarezerwowanej sali konferencyjnej w naszej kancelarii 10 minut przed jej rozpoczęciem, a następnie, zaraz po jej zakończeniu, praktycznie od razu możliwość powrotu do pracy, jest dość komfortowym rozwiązaniem.

Zgodnie z zapisami ustawy, możliwość przeprowadzenia rozprawy w tym trybie będzie istnieje „w okresie obowiązywania stanu zagrożenia epidemicznego albo stanu epidemii ogłoszonego z powodu COVID-19 oraz w ciągu roku od odwołania ostatniego z nich”. W Polsce stan epidemii obowiązuje nieprzerwanie od dnia 20 marca 2020 r.

Czy rozprawy zdalne póki co zostaną z nami na dłużej? Najbliższe miesiące zapewne pokażą, jak będzie wyglądało podejście sądów co do wyznaczania rozpraw w takim trybie i czy będzie on zyskiwał większą popularność.

autor: Marta Piekarska – radca prawny

Pozostałe wpisy

Noriet z Sądu: Ponad 400 000 zł zadośćuczynienia – omówienie naszej sprawy

Jedną z gałęzi spraw, którymi zajmujemy się w naszej kancelarii, są sprawy o zadośćuczynienie i odszkodowanie za krzywdy, które powstały na skutek wypadków komunikacyjnych. Z uwagi na to, że jest to kategoria spraw, która w dużej mierze bazuje na opiniach biegłych, które wpływają do akt w toku spraw sądowych, potrafią one trwać latami. Bardzo często klienci mocno zastanawiają [...]
30 grudnia, 2021
czytaj więcej

Obligacje: Hipoteka niejedno ma imię

Miesiąc listopad przyniósł nam wyrok zasądzający (na chwilę obecną – jeszcze nieprawomocny) w sprawie z powództwa naszej Kancelarii działającej w roli Administratora hipoteki ustanowionej na zabezpieczenie wyemitowanej serii obligacji przeciwko dłużnikom rzeczowym – właścicielom nieruchomości, na których ustanowione zostały hipoteki, niebędących emitentem tychże obligacji. Sprawa, [...]
2 grudnia, 2021
czytaj więcej

Noriet radzi: Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane, czyli nakaz natychmiastowego opuszczenia mieszkania

Jak mówią „Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane”. Doświadczenie życiowe uczy bowiem, że dobre intencje (również ustawodawcy) niestety nie są wystarczające do tego, by działanie przyniosło pozytywne skutki. Bywa niekiedy tak, że zamierzenia rozmijają się z efektami albo prowadzą do czegoś zupełnie odwrotnego. Chociaż teorii spiskowych znalazłybyśmy w internecie mnóstwo, przyjmijmy jednak, że założenia ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie były dobre i absolutnie pożądane społecznie. Cel jest mianowicie taki: natychmiast odseparować kata od ofiary. Cel z pewnością szczytny i ważny. Czy jednak możemy powiedzieć, że uświęca on środki – wszelkie środki? Nawet takie, które stoją w sprzeczności z podstawowymi wolnościami i prawami człowieka? No bo przecież prawo i władza państwowa mogą w te sprzeczności w pewnym sensie wchodzić. Prawo karne – pozbawienie i ograniczenie wolności, prawo administracyjne – zakaz budowy domu na terenie przeznaczonym pod zabudowę związaną z przemysłem czy na terenie zalewowym. Przykładów mamy oczywiście mnóstwo, ale taka jest kolej rzeczy. Tak to już jest. Ale czy to jest ten przypadek? Wracając jednak do tematu ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie, której zapisy miałyśmy wreszcie okazję przetestować w praktyce. Tytułem wstępu zaznaczmy, że każdy kto zawodowo uczestniczy w sądowych sprawach rodzinnych doskonale wie, że w parze ze sprawą o rozwód z orzekaniem o winie podejrzanie często idą sprawy karne o znęcanie się. Przyznajemy szczerze, że trudno nam uwierzyć że tak ogromny odsetek rozwodów miałby być spowodowany, aż tak ciężkimi przewinieniami jak znęcanie się nad małżonkiem. Wobec tego nasz subiektywny wniosek z obserwacji czynionych na salach sądowych, jest dość prosty i oczywisty, chociaż co jasne, niekoniecznie prawdziwy. Mianowicie wydaje nam się, że bardzo duża ilość spraw o znęcanie się jest zupełnie bezzasadna i wytaczana wyłącznie na potrzeby postępowania rozwodowego (argument – mój mąż/moja żona jest winny/a rozpadowi małżeństwa, bo przecież toczy się przeciwko jemu/jej postępowanie karne o znęcanie się – wydaje się rozwodzącym się małżonkom bardzo przekonujący) bądź też „działem bitewnym” dla jednego ze skłóconych małżonków (nie chcesz się zgodzić na moje warunki, to ja cię oskarżę o znęcanie). No i niestety wydaje się, że z narzędziem, o którym dzisiaj tu opowiemy, będzie nie tylko podobnie, ale może być dużo gorzej. Bo to na razie pokazała nam praktyka. Aby sprawa karna, np. taka o znęcanie się, znalazła swój finał w postaci prawomocnego wyroku skazującego musi minąć sporo czasu. Taką sprawą zajmie się kompleksowo prokuratura i sąd. Jeśli ktoś rzeczywiście jest winny znęcaniu się szansa na to, że nie zostanie skazany jest już bardzo mała. I to są bardzo poważne sprawy i poważne oskarżenia, których nikt nie może zbagatelizować, ale też, chociażby z uwagi na względnie wysokie zagrożenia karą, trudno uwierzyć, żeby w takim postępowaniu sądowym miało nastapićskazanie przy kompletnym braku dowodów, wbrew domniemaniu niewinności. Inaczej niestety i w naszej ocenie dużo gorzej, sprawa ma się w przypadku przedmiotowej ustawy. Zacznijmy więc od przepisów. Zgodnie z art. 11a ust. 1 ustawy z 29 lipca 2005 roku o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie (tj. z 24 sierpnia 2015 r. Dz.U. z 2015 r. poz. 1390) jeżeli członek rodziny wspólnie zajmujący mieszkanie, swoim zachowaniem polegającym na stosowaniu przemocy w rodzinie czyni szczególnie uciążliwym wspólne zamieszkiwanie, osoba dotknięta przemocą może żądać, aby sąd zobowiązał go do opuszczenia mieszkania.  Przepis ten w swoim zamierzeniu ma więc za zadanie chronić osoby dotknięte przemocą ze strony członka rodziny, które jednak nie mają możliwości uwolnić się od niego z uwagi na wspólne zamieszkiwanie. Cel, jak się wydaje, jest jeden: niezwłoczne odseparowanie poszkodowanego i oprawcy oraz zapobieżenie kontynuowania stosowania przemocy wobec rodziny. Przepis jest mocno interwencyjny, a skutki jego zastosowania daleko idące, stąd ustawodawca powinien przewidzieć bardzo skrupulatną i szczelną, uniemożliwiającą w jak najwyższym stopniu nadużycia tego prawa regulację. Mamy więc tu taki oto szereg przesłanek koniecznych do orzeczenia przez sąd opuszczenia przez daną osobę mieszkania: konieczność wspólnego zamieszkiwania sprawcy przemocy i osoby jej dotkniętą, szczególnie uciążliwy charakter zachowania sprawcywięzi rodzinne uczestników. Paragraf drugi wskazanego powyżej art. 11a, wskazuje, że ust. 1 stosuje się również w przypadku, gdy osoba dotknięta przemocą w rodzinie opuściła wspólnie zajmowane mieszkanie z powodu stosowania wobec niej przemocy w tym mieszkaniu oraz w sytuacji, w której małżonek, wstępny, zstępny, rodzeństwo, powinowaty w tej samej linii lub stopniu, osoba pozostająca w stosunku przysposobienia oraz jej małżonek, a także osoba pozostająca we wspólnym pożyciu oraz inna osoba stosująca przemoc w rodzinie, okresowo lub nieregularnie przebywa w mieszkaniu wspólnie z osobą dotkniętą przemocą w rodzinie. Tyle od ustawodawcy, a teraz kilka słów od praktyków, czyli od nas. Jak więc wyglądało de facto nasze pierwsze zetknięcie się z tymi zapisami w praktyce? Wyobraźmy sobie więc sobie małżonków, żyjących razem, mieszkających wspólnie z dziećmi w domu. Jedno z małżonków decyduje się jednak podjąć kroki zmierzające do uzyskania rozwodu i rozstania (w naszym przypadku – co podajemy jedynie dla kontekstu – powodem było jak się wydaje zakończenie więzi emocjonalnej i chęć rozpoczęcia nowego życia z innym partnerem). Wiadomo jednak, że od wizyty u prawnika (pozew rozwodowy) do wyprowadzki byłego małżonka (czyli rozwód, kontakty, władza rodzicielka, alimenty, podział majątku, egzekucja) to wiele, wiele lat. Jak by to więc wszystko przyspieszyć, żeby lata młodości, świetności, piękna cielesnego nie uciekały w tej małżeńskiej niedoli i pod dachem wspólnym z niekochanym już małżonkiem? Jak by tu pozbyć się tego niewygodnego członka rodziny? I w tym momencie wchodzi ona. Cała na biało. Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Tak. Widziałyśmy na własne prawnicze oczy, jak rękami tej właśnie ustawy małżonkowi naszego Klienta bez większego wysiłku (prawdopodobnie na podstawie porad udzielanych w internecie na forach dla kobiet), udało się pod nieobecność małżonka, którego ochoty nasz antybohater już więcej oglądać nie miał, zadzwonić na Policję (mógł też oczywiście stawić się na komisariacie), a następnie przedstawić siebie jako ofiarę domowej przemocy i zażądać odseparowania rzekomego oprawcy od ofiary na podstawie omawianej ustawy. Pewnie każdy w tym miejscu łapie się za głowę, bo przecież nikt nie uwierzy nam, kiedy nie mamy jakichkolwiek dowodów. Z resztą przecież nic w praworządnym państwie nie działa na wiarę. Nikt nie poczyni tak drastycznych kroków (wyrzucenie kogoś z domu na ulicę) bez udziału sądu, bez analizy przesłanek o których była wyżej mowa. Ale niestety – Policja może. Z pewnością niebawem napiszemy artykuł na temat problemów z jakimi borykać się muszą właściciele nieruchomości, w których przebywa niewłaściciel i nie chce takiej nieruchomości opuścić. Temat sytuacji ludzi bankrutujących z powodu braku możliwości eksmisji i bardzo – w naszej ocenie – niesprawiedliwego prawa w tej kwestii i co za tym idzie, temat bezczynności Policji, która stara się przy czynnościach dotyczących nieruchomości być bezstronna i nie wnikać w konflikt mający charakter sporu cywilnego, uczestniczyć tylko na zasadzie prewencyjnej i pilnując aby podczas płomiennych kłótni nikt nikogo nie pobił, wydaje nam się jakoś z tym o czym dzisiaj piszemy pokrewny. Póki co jednak zauważmy, że nawet więc gdyby Policja zastała w mieszkaniu dwie skłócone osoby, z których jedna posiadałaby zaopatrzony w klauzulę wykonalności wyrok eksmisyjny, a druga nie miałaby nic i twierdziła jedynie, że ona tu sobie jest i mogą jej wszyscy zrobić także dokładnie nic, to w jaki sposób Policja mogłaby pomóc? Co najpewniej by zrobiła? No właśnie – rzeczywiście okrągłe nic. A jak to jest w omawianym przypadku? Zacytowany powyżej fragment ustawy nie brzmi wcale aż tak drastycznie, bo przecież mamy tam Sąd, który zanim wyda decyzję, to wszystko zważy, przeanalizuje, sprawdzi czy wszystkie przesłanki zachodzą. Więc dlaczego my tu wciąż o Policji? I tu właśnie dochodzimy do sedna problemu. Otóż regulacje, o których tu mowa, a konkretniej dodany do ustawy o Policji art. 15aa ust. 1 nadaje, wobec osoby, która swoim zachowaniem polegającym na stosowaniu przemocy w rodzinie stwarza zagrożenie dla życia lub zdrowia osoby dotkniętej tą przemocą, bardzo szerokie uprawnienia Policji. Otóż na mocy powyższego przepisu, który w życie wszedł właśnie w maju 2020 r. policjant będzie miał prawo wydać nakaz natychmiastowego opuszczenia wspólnie zajmowanego mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia lub zakaz zbliżania się do mieszkania i jego bezpośredniego otoczenia. Policja może więc nakazać „przemocowcowi” natychmiastowe opuszczenie domu. Sprowadza się to do naklejenia przysłowiowej karteczki na drzwiach z napisem „zakaz wstępu”. Bez przeprowadzania postępowania dowodowego, bez nawet potrzeby uprawdopodobnienia przez pokrzywdzonego czy funkcjonariuszy, iż nastąpiły jakieś zdarzenia, bez świadków, bez wcześniejszych interwencji. Słowem więc, nawet bez najmniejszego śladu przemocy, można kogoś wyrzucić z jego własnego domu. Oczywiście, w dalszym, już sądowym, etapie następuje postępowanie dowodowe, które toczy się normalnie na sali sądowej przed zawodowym sędzią (co ciekawe, ale też logiczne w postępowaniu cywilnym). A co rzekomy „przemocowiec” potuła się po mieście jako faktycznie bezdomny, to już tylko jego.  Żeby była jasność – ktokolwiek stosuje wobec domowników, tj. czy to dzieci, czy też innych członków rodziny przemoc zagrażającą zdrowiu czy życiu, niechaj już nigdy do domu nie wraca (niech trafi tam gdzie jego miejsce, czyli do aresztu, a następnie więzienia). Intencją naszego artykułu jest jednak zwrócenie uwagi na to, że narzędzie ustawodawcze, w rękach osób wyrachowanych, może być zwyczajnie niebezpieczne, dlatego warto nad konstrukcją takiego narzędzia zastanowić się trochę głębiej, albo w ogóle go nie wprowadzać. Wracając do przesłanek zastosowania przepisu, warto jeszcze zwrócić uwagę na to, że ustawa stosuje pojęcie przemocy, która z pewnością jest zjawiskiem szerszym niż znęcanie się. Przemocą może być np. nadużywanie władzy rodzicielskiej, stosowanie przeważnie komunikatów odrzucających i poniżających, wyzwiska i wulgaryzmy, notoryczne zgłaszanie pretensji z błahych powodów, krytykowanie, wypowiadanie przeważnie negatywne ocen i komentarzy pod adresem członków rodziny, wprowadzanie nerwowej atmosfery w domu. Takie zachowania bez wątpienia wywołują cierpienie wśród domowników, naruszają ich godność osobistą, prawo do spokojnego życia rodzinnego oraz więzi rodzinnych. Na skutek takich zachowań domownicy nie czują się swobodnie we własnym domu, wciąż są narażeni na kolejne upokorzenia i poniżającą krytykę ze strony oprawcy i dla takich osób, wprowadzone ustawą narzędzie, bez wątpienia jest obecnie jednym ze skuteczniejszych metod na walkę z przemocowcami. Ale sami Państwo widziecie jak bardzo zachowania objęte tą definicją są ocenne. I czy to rzeczywiście powinna oceniać Policja? autor: Paulina Stańczak-Wypych i Aleksandra Zagajewska – adwokaciJak [...]
20 listopada, 2021
czytaj więcej

Noriet Rodzinnie: Rozprawa rozwodowa w wersji on-line

Celowo wstrzymywałam się z oceną rozpraw online do momentu, w którym przerobię ich wystarczająco dużo. Początkowo podchodziłam do nich jak pies do jeża, z ograniczonym zaufaniem i jedną wielką niechęcią. Tymczasem, w miarę upływu czasu, dostrzegam coraz więcej zalet takiej formy przeprowadzania rozpraw, o ile każdy uczestnik rozprawy faktycznie uczestniczy w [...]
8 listopada, 2021
czytaj więcej